Wywiad: KiNK
|
Kolejny jesienny tydzień dobiega końca i z pewnością leniuchujecie sobie w najlepsze. Mamy dla Was wyjątkową atrakcję czytelniczą na dzisiejszy wieczór! Trzy tygodnie temu mieliśmy okazję spotkać się z kimś, o kim mogliście już usłyszeć, choć pochodzi z mało znanej Bułgarii. Naszym gościem w Lineout jest KiNK, świetny producent techno z Sofii. Strahil Velchev nagrał podcast dla serwisu Resident Advisor pod koniec zeszłego roku i zapracował sobie na dobrą opinię dzięki objawionemu talentowi do występów na żywo. KiNK spotkał się z nami w kawiarnii jednego z hoteli w Nowej Hucie tuż przed swoim występem na tegorocznej edycji Unsound Festival w Krakowie. Przemiły facet i skromna postać, pojawił się w lobby tuż po regenerującej drzemce. Miał grać jako przedostatni, więc trudno mu się dziwić. Na szczęście filiżanka espresso szybko sprawiła, że powrócił do życia i w miarę rozwoju rozmowy stawał się coraz żywszy. Pseudonim KiNK został wybrany, bo jest sexy i fajnie się to pisze. Strahil narzekał również na liczne potyczki z ochroną lotniskową w całej Europie. Muzyk opowiedział, że ma na nich sposób – mama czeka na niego z torbą kontrolerów, aż jej syn się odprawi. Potem zabiera podręczny dobytek i tylko z uśmiechem i wielką kolekcją zabawek wita bezradne stewardessy na pokładzie samolotu. To tyle tytułem wstępu. Przed Wami KiNK w specjalnym wywiadzie dla Lineout!
***** Czy jako popularny bułgarski didżej i producent chcesz pełnić rolę ambasadora rodzimej sceny elektronicznej? Czy odczuwasz potrzebę promowania bułgarskich artystów na przykład poprzez włączanie ich muzyki do Twoich setów lub lansując ich w jakiś inny sposób? Cóź, dziękuję Ci bardzo, że mnie zakwalikowałeś jako znanego artystę z Bułgarii. Tak, myślę, że odniosłem pewien sukces. Być może nie ma zbyt wielu bułgarskich artystów, którzy są w tej chwili tak rozpoznawalni jak moja osoba. Chciałbym służyć jako taki ambasador, bo koledzy z mojego kraju nie są tacy znani i zawsze uznaję, że promowanie mojego miasta i mojego kraju pozostaje niekwestionowanym priorytetem. Niestety, jak ludzie mówią – nikt nie jest prorokiem we własnym kraju. Tak jest również w moim przypadku. Jestem o wiele bardziej popularny w innych częściach Europy niż u siebie. Mam wrażenie, że to swego rodzaju egzotyka, że nie pochodzę z żadnej z kilku stolic muzyki elektronicznej. Zawsze wpisuję kraj pochodzenia obok mojego nazwiska i robię to z dumą. Mam nadzieję, że to było jasne. (śmiech) Kontynuując ten motyw krajowy, czy kiedy obserwujesz branżę muzyczną, masz wrażenie, że kraje takie jak Wielka Brytania i Niemcy są czasami nadreprezentowane? Może to wynikać z ich dominacji w mediach i wiodącej roli ich języków. Czy zgodzisz się z tezą, że inne kraje bywają pominięte? Czy może inaczej – nadszedł czas, kiedy powinniśmy myśleć w kategoriach narodowych i spojrzeć na to z perspektywy konkretnych miast, które wyznaczają trendy we współczesnej muzyce elektronicznej? Zgodzę się z Tobą, że część krajów jest ewidentnie nadreprezentowana. Nie mówię tu tylko o Anglii i Niemczech. Na przykład, to samo można powiedzieć o Stanach Zjednoczonych na czele z takimi miastami jak Detroit i Chicago, które służą jako modelowe miasta w świecie techno. To są oczywiście wyjątkowe miasta, ale przecież to była zaledwie garść ludzi produkujących tę muzykę. Żyjąc w Bułgarii i słysząc o Chicago i Detroit, zawsze sądziłem, że to naprawdę jakieś cuda. Koniec końców, mówimy tu o paczce przyjaciół, którzy tworzyli bity w swoich piwnicach. Teraz mam bardziej globalne spojrzenie na to wszystko i przestałem kategoryzować muzykę pod kątem terytorium. Powinniśmy też pamiętać o tym, że wielu producentów mieszkających w Berlinie czy Londynie pochodzi z Polski albo z Bułgarii, czy Rumunii. Nie powinniśmy dzielić muzyków według kraju ich pochodzenia i mam nadzieję, że tak to będzie wyglądać w przyszłości. Jakbyś określił swój wymarzony dźwięk? W którym kierunku chciałbyś zmierzać? Sądzę, że obserwujemy interesujący moment w muzyce, bo pojawił się renesans muzyki analogowej takiej jak acid techno, a Ty byłeś zawsze kojarzony – od początku lat 90-tych – jako producent ze słabością do brzmień tego rodzaju. Oczywiście, dorastałem z tą muzyką. Faktycznie, ten rodzaj dźwięku jest mocno odzwierciedlony w mojej produkcji. Ten rozkwit trwa już od około dwóch lat. Jednak muszę przyznać, że mnie obecnie najbardziej inspiruje muzyka elektroniczna z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Mam na myśli kierunek Musique concrète – eksperymentalnej muzyki z magnetofonu i kilku innych urządzeń. Twórcy z tego okresu będą odciskać swoje piętno na mojej muzyce w najbliższej przyszłości. Dzisiaj widziałem plakat ze Steve’m Reichem niedaleko Łaźni Nowej. Grał ostatnio w Krakowie. Można powiedzieć, że chciałbym czerpiać z twórczości takich kompozytorów.
A więc minimalizm? Tak, minimalizm jest dla mnie teraz najciekawszy. Myślę, że pójdę właśmnie w tym kierunku. Oczywiście nie chcę nikogo kopiować, lecz użyć tego gatunku jako źródła inspiracji – zrobić długi krok w tył, aby znów pójśc naprzód. Jesteś zapalonym kolekcjonerem płyt czy raczej zadowala Cię muzyka, którą trzymasz w komputerze? Ostatnio wróciłem do kupowania płyt. Szczerze mówiąc, kiedyś czułem większą pasję do gromadzenia dużych ilości muzyki i miałem zacięcie do muzycznych poszukiwań. To było jakieś dziesięć lat temu. Potem straciłem cały zapał ze względu na przytłaczającą ilośc informacji w Internecie. Teraz wszystko jest takie dostępne. Szok przyszłości? Przeładowanie informacją? Dokładnie, można tak powiedzieć. Stałem się o wiele bardziej wybiórczy. Dziś już nie potrzebuję tyle muzyki na raz, a raczej szukam czegoś naprawdę wyjątkowego. Obecnie głównie gram na żywo. Oczywiście wciąż lubię nowe formy przekazu takie jak MP3, ale kupuję płyty dla własnej przyjemności. Więc tak – jestem kolekcjonerem. Jak wygląda kwestia Twojej współpracy z Catz N Dogz? Zrobiłeś remiks do utworu „Light Again”, napisanego przez Jackname Trouble, polskiego producenta z Pets Recordings. Jakiś czas temu przygotowałeś Petcast dla bloga tej wytwórni. Czy to początek większej kolaboracji czy raczej akcje jednorazowe? Utrzymuję kontakt z Wojtkiem z Catz N Dogz już od ponad roku. To naprawdę sympatyczny koleś. Mamy zbliżone upodobania muzyczne i powoli pracujemy nad wspólnym projektem – może to będzie kawałek. Poczekajmy i zobaczmy, co z tego wyjdzie. Catz N Dogz są teraz bardzo zabiegani. Ja też dużo podróżuję. Nie wiem, jak długo to potrwa. Sądzę, że nasza współpraca nie ograniczy się tylko do remiksu i podcastu. Przewiduję, że są szanse na powstanie wspólnego materiału. Patrzę na to wszystko z prawdziwym entuzjazmem. Niedawno wydałeś wspólny kawałek z Neville’m Watsonem i Kim Anne Foxman z Hercules & Love Affair. Tak, jestem z niego bardzo zadowolony. Nie wiem, czy już jest na rynku…
KiNK & Neville Watson feat. Kim Ann Foxman – A Saturday in November HHYR 17 by Neville Watson Neville Watson wydaje się być Twoim kompanem od wielu lat? Tak, właściwie to jestem tu, gdzie jestem, właśnie dzięki niemu. Napisaliśmy razem kawałek w 2007 roku. Nosi tytuł „Inside Out” i został wydany w sublabelu Rush Hour. Mogę powiedzieć, że dzięki tej piosence udało mi się przebić do szerszej publiczności. Utwór się spodobał i sprawił, że nagle nawiązałem wiele nowych znajomości. Już wcześniej robiłem muzykę i wydawałem kawałki na winylu od wielu lat. Jednak to kolaboracja z Neville’m sprawiła, że drzwi stanęły przede mną otworem. Szybko zaprzyjaźniłem się z Neville’m. Najzabawniejsze jest to, że na początku tworzyliśmy razem kawałki mimo, że się w ogóle nie znaliśmy. Po prostu wysyłaliśmy sobie wiadomości i wymienialiśmy się loopami. Nawet nie zamieniliśmy słowa przez telefon. Wyniki naszej współpracy były dla nas obu satysfakcjonujące i teraz często gramy razem. Czyli zaczęło sie od przyjaźni stricte wirtualnej. Dokładnie, tak to było. Na początku nie wysyłaliśmy naszych prac do żadnych labeli. Ludzie z Rush Hour wypatrzyli moje kawałki na moim profilu MySpace i odezwali się do mnie z propozycją współpracy. Na szczęście, jak zaczęliśmy grać razem z Neville’m dwa lata temu, okazało się, że facet jest naprawdę w porządku. Wiesz, jak z kimś pracujesz na odległość, a potem masz tę osobę spotkać, nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać. Byłem bardzo zadowolony z kolaboracji z tym Brytyjczykiem i pomijając fakt, że jest świetnym producentem, odkryłem, że to uroczy człowiek. Lubimy grać razem sety i sprawia nam to dużo przyjemności. Dzisiejszy wieczór będzie dla Ciebie wyjątkowy, bo po raz pierwszy zagrasz w Polsce. Rok temu wystąpiłeś na edycji Unsound w Nowym Jorku. Jak wspominasz to wydarzenie? Naprawdę mi się podobało. Z tego względu tak się cieszę na mój dzisiejszy wystep. W Nowym Jorku grałem na scenie poświęconej dubstepowi, bo w ostatniej chwili wskoczył mi inny booking i musiałem się pojawić w Chicago. Na szczęście organizatorzy zrobili dla mnie wyjątek i przesunęli mój set z nocy basowej na wspomniany wieczór dubstepowy. Było bardzo fajnie. Muzyka była bardzo świeża i zróżnicowana. Musiałeś zmienić planowaną listę utworów, żeby się dopasować do nowej sceny? Trochę tak, ale wszyscy grali bardzo kreatywnie. Gatunki zmieniały się bez przerwy w miarę upływu nocy. To było dla mnie świetne doświadczenie i z pewnością jedna z udanych imprez w tym roku.
Rok 2011 powoli dobiega końca… Kto jest dla Ciebie największym odkryciem tego roku? Kto Cię najbardziej zainspirował? Przede wszystkim, muszę wymienić przyjaciela z Sofii. Nie wiem, czy zwrócił na siebie uwagę w tym roku, czy w poprzednim. Ukrywa się pod aliasem Surrealism. Tego lata wielu didżejów takich jak Steve Bug grało sporo jego kawałków. Jeśli chodzi o artystów zagranicznych, niech pomyślę… Było tyle dobrej muzyki. Na pewno bacznie obserwuję Morphosis. Jak mówisz, preferujesz formę live actu, więc pewnie nie śledzisz nowych wydawnictw tak często? Tak, przez ostatnie dwa lata grałem głównie na żywo. W gruncie rzeczy nie udało mi się zrobić prawdziwej kariery międzynarodowej jako didżej, więc w pewnym momencie musiałem stanąć przed tym wyborem. Jeśli chciałem zdobyć większy zasięg, musiałem się przestawić na granie na żywo. Na początku to polegało po prostu na graniu live act’ów i uczeniu się wszystkiego w trakcie występów. Wciąż poświęcam mnóstwo czasu na przygotowania do występów, tak więc nie zostaje mi zbyt wiele czasu na słuchanie muzyki innych producentów. Podobno na początku lat dziewięćdziesiątych miałeś trudności z uzyskaniem dostępu do odpowiedniego sprzętu w Sofii i często musialeś improwizować. W jakim stopniu zmieniła się ta sytuacja i świadomość muzyczna publiki w Bułgarii? Teraz wszystko jest bardzo proste. Jeśli masz pieniądze, wszystko jest w zasięgu ręki – w końcu mamy Internet. Niestety od jakiegoś czasu zaczęły znikać second-handy ze sprzętem muzycznym. W przeszłości było bardzo trudno. Nie mogliśmy nigdzie dostać klasycznych syntezatorów, które były tak popularne wśród producentów muzyki techno. Mogliśmy za to kupić bardzo rzadkie i dziwne syntezatory z ZSRR. Notabene, mogę Ci opowiedzieć zabawną historię. W 1994 albo 1995 roku doszedłem do wniosku, że chcę robić techno. (śmiech) Ojciec mi obiecał, że da mi pieniądze na zakup syntezatora. Oczywiście nie miałem zielonego pojęcia, jaki syntezator wybrać i czego dokładnie powinienem szukać. Miałem ograniczony budżet i uzbrojony w te środki zacząłem szperać w sklepach. Zajrzałem do jakiegoś sklepu, który sprzedawał dość surowe, ale wyjątkowe syntezatory Polyvox. O ich wyjątkowości miałem się dowiedzieć wiele później. (śmiech) Jak się przyjrzałem z bliska temu urządzeniu, zauważyłem, że kosztuje tyle, co tygodniowy abonament na obiady w szkole. To były naprawdę grosze. Problem polegał na tym, że Polyvox nie miał wyświetlacza ani migających diod. Uznałem więc od razu, że to stary sprzęt i nie przyda się do niczego ciekawego – a już w żadnym wypadku do produkcji techno. Kupiłem idiotyczny syntezator Casio, który miał co prawda wyświetlacz i inne świecidełka. Miał chyba ze sto guzików, ale to był naprawdę kiepski instrument. Rok później zrozumiałem swój błąd i wróciłem do tego samego sklepu, w którym zobaczyłem Polyvoxa. Sprzedawca mi powiedział, że jakiś czas temu sprzedał Ultravoxa jakimś biednym ludziom z kościoła. Nie mieli zbyt dużo pieniędzy i byli zdesperowani, żeby kupić ten syntezator, bo był najtańszy. Właściciel sklepu opowiedział mi o tym, jak godzinami próbowali wydobyć z Ultravoxa dźwięk przypominający kościelne organy. Nie było to wcale proste. Przez dłuższy czas jedyne dźwięki, jakie im się udało wydobyć z tej maszyny, przypominały odgłosy UFO w stylu „voooooooooom”. (śmiech) Pomyślałem sobie: „O, nie! Przecież to jest właśnie to, czego ja potrzebuję”. Po długich poszukiwaniach kościelni znaleźli dźwięk, który ich zadowolił, i kupili Ultravoxa. Było już za późno. Wow, niezła historia! Mogli sobie urządzić sesję trance w kościele. (śmiech) To teraz czas na standardowe pytanie – jakie są Twoje plany na kilka nadchodzących miesięcy? Czy nadszedł czas na powrót do studia? Jasne, taki jest plan. Byłem prawie bez przerwy w trasie przez większą część tego roku – głównie w Europie. Będę spędzał każdy weekend grając wystepy do końca 2011 roku. Chciałbym wrócić do pracy w studiu w styczniu i, mam nadzieję, także w lutym. Między kolejnymi weekendami staram się spędzać jak najwięcej czasu pracując nad własną muzyką i remiksami. W tym roku zwolniłem tempo z nowymi wydawnictwami, ale w przyszłym roku obiecuję poprawę!
Prommer & Barck | Journey (KiNK Remix) by Derwin Recordings
Marc Romboy Vs. KiNK „Sampledelics Vol. 1″ (Mini Mini Mega Mix) by marcromboy Czego mamy się spodziewać? Latem zaprzyjaźniłem się z Markiem Romboyem z Systematic Records. Dwa razy wpadł do Sofii. Wtedy nagraliśmy razem epkę dla Ovum Records, która ukaże się jeszcze przed końcem tego roku. Projekt nazywa się „Tempodelic”, bo eksperymentowaliśmy z różnymi tempami. Dźwięk jest dość specyficzny i bardzo surowy. Staraliśmy się emitować brzmienie starych urządzeń do tworzenia muzyki, które miały swoje ograniczenia w uzyskiwanej jakości. Szukaliśmy określonej jakości, a raczej jej braku, dzięki któremu ta muzyka zyskuje pewien niepowtarzalny charakter. Pracuję także nad własnym albumem. Jeśli wszystko się ułoży, to wydam go na początku 2012 roku. Z początku sądziłem, że uda mi się wydać własny longplay już we wrześniu, ale mam dopiero trzy czy cztery gotowe kawałki. To będzie muzyka mocno eksperymentalna, ale wciąż taneczna. Tak jak mówiłem wcześniej, chcę nawiązać do twórców wczesnej muzyki elektronicznej z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Dziękujemy za rozmowę! |















