King Cannibal to reprezentujący Ninja Tune mroczny typ (choć jak się zaraz przekonacie nie aż tak bardzo..) tworzący dość odległą dla nas muzykę z pogranicza wszystkiego z przedrostkiem „break” i bass. Choć nie należymy do pierwszego rzędu najwierniejszych fanów cannibalizmu, postanowiliśmy porozmawiać z KC, chcąc dojść źródeł jego ciemnych, muzycznych koncepcji i przede wszystkim – tego, jak się znalazł we wspomnianej wcześniej wytwórni. Na szczęście – jak przekonał się Mateusz Mondalski – Król Kanibali to całkiem sympatyczny człowiek, do tego dość gadatliwy, ale mający dużo ciekawych rzeczy do powiedzenia. O producenckiej kuchni, o swoim mało znanym „popowym” obliczu, homofobii w muzyce dancehall i paru innych równie kontrowersyjnych tematach – King Cannibal w exkluzywnym wywiadzie dla Lineout.pl!
Lineout: Twój publiczny wizerunek wydaje się bardzo mroczny i złowrogi. Czy jest on rzeczywiście odbiciem Twojego wnętrza? Ile z King Cannibal nosi w sobie Dylan Richards?
Wiesz, tak naprawdę wszyscy jesteśmy zwyczajnymi ludźmi. Muzyka, którą tworzę, sama się pojawia w takiej ciemnej postaci. Wizerunek powstaje raczej wokół samej muzyki. Ludzie słyszą muzykę, a nie Dylana Richardsa. Nie powiedziałbym, że jestem ciemnym typem. Raczej po prostu interesują mnie mroczne klimaty, takie jak mroczne i eksperymentalne filmy.
Podobno jesteś wielkim miłośnikiem horrorów.
Tak, na pewno ma to jakiś wpływ na moją muzykę. Nie jest tak, że siadam do pracy i myślę sobie „OK, to teraz nagram coś mrocznego.” Jak próbuję nagrać jakiś pop, to efekty są straszne. (śmiech) Zawsze ostatecznie tworzę dźwięki, które mają taki ciemny nastrój. Jak się pojawił mój pierwszy album, to przeczytałem sobie kilka recenzji. Wiele osób mi zarzucało, że na siłę staram się być taki mroczny. Wcale tak nie jest. Nie robię tego na siłę. To wszystko wynika z moich własnych doświadczeń. Jak kiedyś pracowałem w sklepach muzycznych, to słuchałem takich labeli jak Digital Hardcore czy Position Chrome. Posłuchaj sobie starych kawałków od Panacea. Dojdziesz do wniosku, że to, co ja gram, jest bardzo lekkie w porównaniu z jego twórczością czy Warehouse, Throbbing Gristle. Ja robię easy listening w porównaniu z nimi. (śmiech)
Przybliż nam teraz Twoje korzenie muzyczne. Wiem, że czasami się inspirujesz muzyką dancehall i reggae. Z tego nurtu wywodzą się wokaliści z Twojej pierwszej płyty.
Jeśli chodzi o dancehall, to zawsze korzystałem z niego wybiórczo i w zależności od moich własnych potrzeb. Mam w swojej kolekcji raptem sześć dancehallowych winyli, w tym album od The Scientist. Nie słucham tego rodzaju muzyki zbyt często. Lubię stosować elementy dancehall jako pewną bazę. To są rytmy, które z łatwością wyciągają ludzi na parkiet. Kiedyś często słuchałem muzyki wywodzącej się z klubu Heavy Social w Londynie. Tam stawiali pierwsze kroki między innymi The Chemical Brothers. Pewnego razu pojawił się mix Johna Cartera, który założył Monkey Mafia. W tym miksie facet świetnie połączył dancehall z elektroniką. Jak byłem młodszy, to słuchałem tego miksu do oporu. Później pojawił się Modeselektor, który też robił podobne rzeczy. To przyciągnęło moją uwagę i mnie zawsze bardzo interesowało. Tak więc nie jestem wielkim fanem oryginalnego dancehall, chociaż oczywiście go bardzo doceniam. Jednak nigdy się nie wkręciłem w ten klimat jakoś bardziej. Na Jamajce i w dawnych Indiach Zachodnich to jest właśnie mainstream. I pewna część tego nurtu ma bardzo agresywny charakter. Mam na myśli muzykę, teksty, występy i sposób, w jaki tańczą. To jest zjawisko, które podziwiam, ale jednak z dystansem.
Wydaje się, że muzyka z Karaibów jest bardzo zaangażowana politycznie.
Z pewnością, na pewno jest kontrowersyjna ze względu na wątki homofobiczne. Trudno mi ocenić, ale to chyba pewien element ich kultury i wychowania. Tak jak już mówiłem, uważam, że dancehall jest dobrym fundamentem, na którym mogę rozwijaćo moje dźwięki. W gruncie rzeczy mało ludzi się zajmuje tą muzyką i wciąż widzę w niej duży potencjał. Na przykład można powiedzieć, że drum & bass został już przetrawiony do granic możliwości. Trudno jest tutaj wnieść jakąś nową jakość. Jednak z dancehall jest wręcz przeciwnie.
Jak dołączyłeś do Ninja Tune, czy czułeś presję związaną z olbrzymim dziedzictwem muzycznym tej wytwórni? Czy onieśmieliło Cię dołączenie do tak wielkiego projektu?
Wiesz, słuchałem ich muzyki od dziecka. Już jakiś czas temu poznałem kilku artystów z Ninja Tune. Wiadomo, czułem pewną presję, ale to raczej nie była presja związana z dołączeniem do Ninja Tune. Oni chcieli, żebym nagrał dla nich album, a ja nigdy wcześniej o tym nie myślałem. Po prostu nagrywałem pojedyncze kawałki i wysyłałem je do wytwórni. Stres był związany z wybieraniem ścieżek do albumu. Wahałem się, czy dany kawałek nadaje się na płytę. Paradoksalnie, stres pojawia się o wiele później. Czuję to właśnie teraz. Ninja Tune ma określone metody pracy. Mają u siebie określoną grupę artystów. Akurat to, co ja tworzę, nie będzie miało wielkiego wpływy na wszystkich słuchaczy Ninja Tune. Są już na rynku od dwudziestu lat, mają swoje „naturalne kanały”, dzięki którym docierają do swoich odbiorców. Na pewno mam tę myśl w głowie, kiedy tworzę swoje ponure kawałki. Jednak nie można się dać zwariować. Po prostu muszę robić to, co chcę i niczym się nie przejmować. W pewnej chwili przestajesz już tylko pisać kompozycje dla siebie. Musisz się zmierzyć z wyobrażeniem o tym, czego ludzie chcą i czego się spodziewają.
I rozumiem, że nie chcesz pracować w taki sposób?
Zdecydowanie. Myślę, że taka presja nie służy nikomu. Chodzi więc przede wszystkim o to, że Ninja Tune ułatwia mi kontakt ze słuchaczem. Dzięki nim moja muzyka może szybciej trafiać do większej liczby odbiorców.
Wracając do Twojego zamiłowania do filmów, czy byłbyś zainteresowany tworzeniem ścieżek dźwiękowych?
Pewnie, z chęcią. Jestem w kontakcie z ludźmi z USA, którzy prowadzą VHS – „Video Horror Shows”. Robią krótkometrażówki o długości około 15-20 minut, do których ktoś zawsze przygotowuje ścieżkę dźwiękową. Rozmawiam z nimi właśnie na temat ewentualnej współpracy. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Filmy mają z pewnością duży wpływ na mnie. Jednak praca nad muzyką do filmów i nauka prowokowania określonych emocji i stanów psychicznych byłaby z pewnością ciekawym doświadczeniem. Podejrzewałbym, że zacząłbym tworzyć rzeczy, których bym nigdy nie stworzył patrząc tylko na pusty ekran komputera. To byłoby dobre źródło inspiracji.
Czy traktujesz tworzenie muzyki jako formę autoterapii?
(śmiech) Nie sądzę. Jeśli czuję złość, to trudno się skoncentrować i zabrać do pracy. Może gdybym był członkiem jakiegoś zespołu i miałbym instrument, na którym mógłbym się wyżywać, to pewnie byłoby inaczej. Jakieś bębny, powiedzmy, coś, co by pozwoliło mi wyzwolić stres, który we mnie siedzi. Moja praca wygląda zupełnie inaczej. Siedzę godzinami przy biurku i pracuję z komputerem. Bawię się drobnymi pokrętłami i ten charakter procesu twórczego uniemożliwia takie wyzwolenie złych emocji. Nie mogę usiąść przy biurku i sobie krzyknąć „Teraz to dopiero nagram agresywny kawałek!!!”. To tak nie działa. Bo mam sobie powiedzieć „YEAH!!!” i nacisnąć spację? (śmiech) Tworzenie muzyki ma w sobie dużo rutyny i metodologii. Jeśli jesteś zły, to będzie Ci bardzo trudno coś stworzyć. Ostatecznie, album powstaje z emocji, które się kryją w człowieku bardzo głęboko. To będzie dla mnie ciekawe, jak ja sam będę odbierał mój drugi album za dwa czy trzy lata. Dużo się w moim życiu ostatnio działo, więc nie wiem, jak to będzie wyglądać z perspektywy czasu.
Jak podchodzisz do swoich wcześniejszych dokonań? Czy jesteś z nich zadowolony, czy raczej czujesz dyskomfort i wstyd?
Myślę, że najlepsza jest początkowa faza kariery artysty. Masz wtedy milion pomysłów, których chcesz spróbować. Nie ma jeszcze żadnych oczekiwań ze strony odbiorców. Jak promujesz nowy projekt, to wszystko jest owiane tajemnicą. Teraz, w erze blogów online zawsze chodzi o nowości. Każdego dnia musi się pojawić jakieś nowe zjawisko, o którym będzie można rozmawiać. W miesięczniku, w magazynie muzycznym jest więcej czasu i miejsca, żeby opisywać te zjawiska w detalu i z większą dozą refleksji. Ten proces ma w sobie więcej z prawdziwego dziennikarstwa, oczywiście nie ujmując nic treści udostępnionej online. Jak patrzę wstecz, nie jestem wielkim fanem mojego pierwszego albumu. Z punktu widzenia producenta, wiem, że jest wiele rzeczy, które mogłem lepiej zrobić. Cóż, teraz chcę zrobić album, którego będę mógł po prostu posłuchać od A do Z. W pierwszym albumie było dużo chaosu. Słyszę to teraz, jak go słucham. Jestem pełen podziwu dla osób, które są w stanie przesłuchać ten materiał od początku do końca.
Pewnie trochę łatwiej nabrać dystansu, jak sobie uświadomisz, że to zapis doświadczeń artysty zaledwie na odcinku jego rozwoju.
Trzeba wiedzieć, kiedy „położyć pędzel na płótnie”. Musisz sam to odczuć, że materiał jest już w formie, którą można pokazać ludziom. W ten sposób można działać krok po kroku.
Kiedyś powiedziałeś, że motywem przewodnim pierwszej płyty była przemoc. Jakim słowem-kluczem określiłbyś swój nadchodzący drugi album?
Napięcie. Na swój sposób druga płyta korzysta wciąż z pokrewnych emocji i podobnej palety dźwiękowej. Mój debiut przypominał trochę japoński horror, a nowa płyta będzie bardziej w stylu filmu „Nie Oglądaj Się Teraz”. Tym razem krążę wokół napięcia i niskich standardów moralnych. Jak na razie, jest w nim sporo seksu. (śmiech)
Czy to zawsze negatywne napięcie? Bo w końcu napięcie może być też pozytywne.
Przy pracy nad pierwszym albumem starałem się napisać kilka pozytywnych kawałków. Potem przeczytałem kilka recenzji i słyszałem opinie od ludzi, że to kolejny złowrogi kawałek dancehallowy. I sobie myślałem, że przecież wcale nie miałem takich intencji.
Kiedy możemy się spodziewać Twojego drugiego albumu?
Chciałbym go ukończyć jeszcze w tym roku, ale nie wiem czy zdążę. Może na początku przyszłego roku. W międzyczasie pewnie ukaże się jakaś epka. Nie wypuściłem nic nowego już od dwóch lat, więc trochę czasu minęło. Co innego jak jesteś U2 i masz kupę pieniędzy plus wielką kampanię promocyjną. Jak jesteś mniejszy, musisz ludziom przypominać o swoim istnieniu. Jak jesteś undergroundowym artystą, musisz co jakiś czas publikować nowe kawałki, bo w przeciwnym razie zginiesz. Musisz się utrzymywać na powierzchni, pływać, żeby oddychać.
Jak już rozmawiamy o undergroundowych artystach, jak sobie radzisz z wiecznym konfliktem między wiarygodnością i popularnością? Jak się stajesz sławny, na pewno zaczyna Cię kusić w stronę upraszczania treści, żeby pozyskiwać kolejne rzesze fanów.
Jak już mówiłem, chcę nagrywać albumy, których sam chciałbym słuchać. Jakiś czas temu miałem zrobić projekt dla dużej wytwórni. To było po tym, jak Skream zremiksował La Roux. Pewnie jakieś półtora roku albo dwa lata temu. Najwięksi gracze rzucili się wtedy nagle na muzykę basową. I zacząłem współpracę z kimś takim. Od początku czułem, że nie potrafię się w to w pełni zaangażować. Nie czułbym się wygodnie promując owoce tej współpracy. Martwiło mnie też to, że poświęcę na to dużo czasu, który chciałem przeznaczyć na King Cannibal. Postanowiłem więc zrezygnować z tego projektu pobocznego. Jednak idea tworzenia bardziej przystępnej muzyki jest mi wciąż bliska i próbuję robić też takie rzeczy, które miałyby szanse polecieć w radiu. Wiadomo, że zależy mi na tym, żeby jak najwięcej ludzi chciało posłuchać mojej muzyki. Jednak zawsze jest jakaś cena. Chciałbym umieścić King Cannibal w kontekście, który będzie przyjazny dla odbiorców. Mogę też robić muzykę agresywną, ale wtedy muszę się liczyć z tym, że będzie jej słuchać raptem pięć osób. To jest oczywiste, że żeby się utrzymywać i płacić rachunki, muszę dostawać bookingi. Jeśli nie byłbym w stanie utrzymać się z muzyki, musiałbym znaleźć pracę. Wtedy z kolei miałbym zbyt mało czasu, żeby zająć się muzyką. Tak to już jest w życiu. Trzeba coś poświęcić, żeby móc robić to, co się lubi.
Czy masz jakiś ulubiony sposób, w jaki odpoczywasz od muzyki, jak już masz jej serdecznie dość?
Nigdy nie mam dość. Czasami już mnie to nudzi i muszę sobie zrobić przerwę. Wychodzę wtedy na zewnątrz, palę papierosa. Właśnie w takiej przerwie pojawiają się nowe pomysły, dzięki którym mogę wrócić do pracy. Wówczas kontynuuję to, co zacząłem i mogę się ponownie skoncentrować na najmniejszym detalu w utworze. Nie imprezuję zbyt często. Jedyne koncerty, na które chodzę to te, na których ja sam gram. Lubię sobie obejrzeć film albo spotkać się z przyjaciółmi. Nie izoluję się nigdy od muzyki, bo nie chcę tego robić. Jeśli chcesz coś zrobić, musisz się za to po prostu zabrać. Nie ma tutaj większej filozofii. Często ta czynność nie będzie Ci sprawiać przyjemności. Jednak później będziesz sobie samemu wdzięczny, że wytrzymałeś do końca. W przeciwnym razie, nigdy nie skończysz piosenki. Nie można się zbyt często odrywać. Znam ludzi, którzy potrafią napisać kawałek w jedną noc. Ja na to potrzebuję cały miesiąc.