Travis Stewart aka Machinedrum to postać zwinnie unikająca przypinania sobie łatek: zaczynał od zabaw bliższych glitch hopowej bujance i szeroko pojętym „new beatom”, w zeszłym roku wydał „Room(s)” z własną interpretacją wywodzącej się z Chicago muzyki juke, a 2012 przywitał kolejnym wydawnictwem, EP zatytułowaną „SXLND”, znów będącą nośnikiem nieco odmiennej muzyki niż poprzednie wydawnictwo.
„SXLND” to utworów pięć, z których za pełnoprawne można uznać cztery – pierwszy w kolejce roztapiający się w masie szumów i odległych śpiewach „Take Good Care” spełnia funkcję intro. Wchodzący po nim utwór tytułowy, napędzany skoczną rytmiką (uk funky się kłania) i rwany wokalnymi „cząstkami” zaczerpniętymi od nieżyjącej damy r’n'b Aaliyah to już natychmiastowy krok w stronę parkietu. W wyraziste kicki Stewart wplata z finezją house’owe sample, spiętrza wokalizy, dodaje przepełnione wibracją arpeggia, raz zwalnia, raz przyspiesza, podbija basem, przesyca tropikalnymi dźwiękami bongosów czy uderzeniami klawiszy pianina… Uważna „lektura” tego kawałka pokazuje coraz bardziej obłędną wyobraźnię producenta, nie pozwalającą mu zatrzymać się w jednej dźwiękowej konwencji. Przy tym dalej ta wyobraźnia pełna jest niezobowiązującego r’n'b i popu. W tym tkwi moim zdaniem fenomen Stewarta: śmiałość w penetrowaniu rejonów muzyki popularnej (zwłaszcza jasne było to podczas słuchania „Room(s)”), a zarazem wyjątkowo zręczna kombinatoryka – taka, która zachowuje równowagę pomiędzy hipereuforyczną tanecznością, a pewną dozą eksperymentowania i swego rodzaju „kontrolowanym chaosem”.
Kolejną miłością – i kolejnym materiałem do szaleńczych modyfikacji – zamieszkałego w Berlinie artysty wydaje się być muzyka house. Wyrazem tego jest chociażby klasyczne house’owe piano, do którego na „SXLND” Stewart lubi powracać. Robi to chociażby w „No Respect” – największym klubowym pożeraczu na EPce, rozpisanym na ponad 6 minut i balansującym pomiędzy jaśniejszymi momentami, pełnymi beztroskich syntezatorowych fal, a tymi znacznie mroczniejszymi, gdy pod masywnymi kickami i zaloopowanym wokalnym samplem drapie strumień basu, a 808ka wyczynia hi-hatowe kombinacje.
Cała produkcja tej EP zresztą zasługuje na pochwałę – mnogość elementów wbrew pozorom nie zbija się w chaotyczną sklejkę, a kolejne czynione przez muzyka ewolucje możemy wyłuskiwać bez większych problemów.
To czym jeszcze może zaskoczyć Machinedrum? Może samplem szczekającego psa, towarzyszącym rozwichrzonym syntezatorom, chwytliwym wokalnym hookom i handclapom? To właśnie usłyszymy w „Van Vogue”. Z kolei kończące EP pełne klawiszowych stabów i rozgrzewających melodii „DDD” nieustannie kojarzy mi się z wyluzowaną, plażową atmosferą.
Czy Machinedrum dokonuje rewolucji, tak jak to na swój sposób zrobił na „Room(s)”? Nie, ale bez wątpienia możemy mówić o sukcesywnej ewolucji; styl producenta wydaje się „doszlifowywać”, a my dążąc za jego kolejnymi muzycznymi maniami dostajemy po prostu pełne pomysłowości utwory do tańczenia. I niech tak będzie. Machinedrum goes house and does it well.
znając go to w jakiejś – mniej lub bardziej dokładnej – formie jeszcze do nich powróci zresztą na najnowszej EPce którą robi z Om Unit jako Dream Continuum będzie sporo juke’ów i klimatów jungle/rave/hardcore które Travis zdaje się również uwielbiać.
’808ka wyczynia hi-hatowe kombinacje’
a mnie mimo wszystko troszkę szkoda że Travis odszedł od patentów z Room(s)….
znając go to w jakiejś – mniej lub bardziej dokładnej – formie jeszcze do nich powróci
zresztą na najnowszej EPce którą robi z Om Unit jako Dream Continuum będzie sporo juke’ów i klimatów jungle/rave/hardcore które Travis zdaje się również uwielbiać.