Fest Food: Unsound vol.1

Unsound – doroczne święto ludzi-słuchających-inaczej lub jak kto woli – branżowe spotkanie dziennikarzy, muzyków, dj’ów i fanatyków „wiedzących o co chodzi”, podobno także festiwal muzyczny. Czym dokładnie jest Unsound, czy tegoroczna edycja przebiła poprzednie i dlaczego ekipa Lineout.pl skończyła „unsoundować” dopiero w poniedziałek wieczorem? Tego wszystkiego dowiecie się z naszego cyklu relacji, który otwieramy reportażem farbowanego krakusa, dzielnie walczącego z atrakcjami festiwalu od samego początku – Mateusza Mondalskiego.

Jak przystało na środkowe rejony października, liżę rany po tygodniu wrażeń w Krakowie. Szok przyszłości wypełnił się w niedzielę i dopiero teraz możemy ze spokojem spojrzeć wstecz i przywrócić liczne wspomnienia z tegorocznej edycji festiwalu Unsound. Od razu zastrzegam, że bogaty program wydarzeń przerósł moje możliwości i wiele rzeczy opuściłem, doznając za to innych doświadczeń z podwójną mocą. Piszę więc wyłącznie o tym, co zobaczyłem na własne oczy i to chyba słuszne podejście do sprawy.

Niedziela, 09/10/1970

W ten chłodny październikowy wieczór dzień wyborczy skłaniał się ku końcowi. Czas było rozpocząć wydarzenie, na które wielu z nas czekało już od wielu, wielu miesięcy. Muzeum Inżynierii na Kazimierzu przywitało licznych gości z Polski i ze świata, aby zmierzyć się z enigmatyczną ideą future shock. Jako pierwsi wystąpili Felix Kubin i Macio Moretti, którzy mieli na żywo stworzyć ścieżkę dźwiękową do filmu Oj, Nie Mogę Się Zatrzymać. Narracja muzyczna była całkiem urozmaicona i dynamiką nie ustępowała kadrom z obrazu kręconego z perspektywy pierwszej osoby. Na ekranie pojawiały się klasyczne krajobrazy miejskie w postaci czarno-białej mozaiki blokowisk, parków i ulic. Spektakl był udany, bo utrzymał rytm i zmienność, tak pożądaną przez współczesnego widza. Następnie dwóch artystów ustąpiło miejsca członkom The Generator Analogue Orchestra.

Muzycy pod przewodem Wojciecha Czerna przypominali zespół kontrolerów lotu z uwagi na ciekawe i jakże anachroniczne instrumentarium, przed którym się usadowili. Rosyjski film był mocno groteskowy, a jego tematem były romantyczne wniesienia mieszkanki innej planety do pewnego Ziemianina. Zestawienie sowieckiego filmu z 1924 roku z dźwiękami rodem z Kraftwerk na początku przykuło uwagę widzów, ale potem było już znacznie gorzej. Przede wszystkim, projekcja filmu była o wiele za długa, a sfera muzyczna wkroczyła na drogę nużącej monotonii. Początkowy efekt świeżości został niestety przyćmiony przez zniecierpliwienie odbiorców i relację między obrazem i dźwiękiem, która zaczęła się mocno rozjeżdżać. Seans dobiegł końca i może zostawił mieszane uczucia, ale bilans z obu projekcji pozostał bez wątpienia pozytywny.

To nie był wcale koniec atrakcji na niedzielny wieczór. Melomani przenieśli się szybko do klubu Pauza przy ulicy Floriańskiej, gdzie zaplanowano imprezę otwierającą Unsound. Niestety, przegapiłem krajowy akcent w postaci The Complainer, który zebrał pozytywne opinie wśród odbiorców jego koncertu. Przed północą na scenę klubową wkroczył Felix Kubin i rozpoczął swój soczyście elektroniczny występ. Artysta z Niemiec bardzo szybko zdobył sympatię publiki dzięki swojej spontaniczności i mocno wykręconej konferansjerce. Muzyk operował zestawem analogowych zabawek, którymi kierował w perfekcyjny sposób. Performance nabrał dodatkowego kolorytu dzięki wizualiom z artystą w roli kobiecej i nie tylko. Felix Kubin nie zawahał się też śpiewać wersety po polsku i wymachiwać kartonowym piorunem. Krytycy powiedzą, że to oczywiście kreacja i neurotyzm, ale najważniejsze, że było wesoło i jeszcze bardziej tanecznie!


 

Potem pojawił się Legowelt, o którym mogę tylko tyle napisać, że mi się w ogóle nie podobał i wyszedłem po kilku minutach. Zraziła mnie niezwłocznie słaba akustyka – dźwięk był płaski i stłamszony w skromnych gabarytach parkietu Pauzy. Może i to był dobry set, ale stworzony do dużo większej przestrzeni. Pierwsze kawałki Holendra nie mogły mnie bardziej zaangażować przez niską jakość odbioru. Ostatni set tego wieczoru snuł się powoli i bez werwy, jak śpiew za grubą ścianą. Wieczór zdominował Felix Kubin.

Poniedziałek, 10/10/1970

Unsound jest wyjątkowym festiwalem w dużym stopniu dzięki bogatemu wachlarzowi miejsc, w których odbywają się koncerty tej imprezy. Fabryki, kluby, kina, teatry – organizatorzy czerpią pełnymi garściami z kulturalnej topografii Krakowa. W ten sposób zawędrowałem w poniedziałek do Akademii Muzycznej, gdzie w wyśmienitej sali koncertowej odbył się Immersion Tank. Jako pierwsi na scenę wkroczyli członkowie składu Natural Snow Buildings. Dwoje gitarzystów usiadło w krzesłach i w tej prostocie była siła. Duet z Francji uwodził brzmieniem czystym jak łza, przeciąganym do ostatniej chwili, aż struna wyda ostatni dźwięk. Koncert był jak seans hipnozy, bo wystarczyło na chwilę zamknąć oczy, aby wejść w fazę prawdziwej koncentracji myśli, dyktowaną przez kolejne dźwięki gitar. W niektórych utworach Mehdi Ameziane uzupełniał grę instrumentów swoim wokalem, ale nie można powiedzieć, że było w tym wiele wartości dodanej. Występ Natural Snow Buildings upłynął mi wyjątkowo szybko, bo potrafił wprowadzić człowieka w przyjemny letarg. Ponadto, koncert składał się z zaledwie kilku, ale za to długich utworów. Dawno nie doświadczyłem takiej ascezy w muzyce – to było piękne doświadczenie.

Jako drugi wystąpił Mark McGuire z zespołu The Emeralds, znanego z pewnością uczestnikiem tegorocznej edycji OFF Festiwalu. Młody gitarzysta zaprezentował swój solowy projekt, w którym posługiwał się gitarą elektryczną, efektem i mikserem. Skromny muzyk z Cleveland zapętlał kolejne akordy i filtrował je przez pogłosy i inne modyfikacje dźwięku. Amerykanin radził sobie przyzwoicie, lecz wciąż w tej konwencji zabrakło zadowalającego rozwinięcia. Oczywiście trzeba docenić trud i zawiłości techniczne występu w pojedynkę, jednak efekt końcowy tej gitarowej akrobatyki był dość przeciętny. Niektóre presety przywoływały na myśl skojarzenie z charakterystycznym brzmieniem Mike’a Oldfielda. W trakcie koncertu McGuire zapętlał również swój własny głos, który pełnił funkcję dyskretnego tła dla kolejnych rewerberacji gitary. Koniec końców, bez rewelacji.



Gwiazdą wieczoru z mojej perspektywy został bez wątpienia Cut Hands. William Bennett, założyciel kontrowersyjnego zespołu White House, zabrał publikę prosto do Hadesu. Ciemne odcienie sali idealnie kontrastowały z pokazem obrazów, które pozostawały najczęściej w tonacji czarno-białej. Jako zblazowany uczestnik kultury obrazkowej rzadko sądziłem, że widziałem już wszystko. Cut Hands wyprowadził mnie jednak prędko z mojej strefy bezpieczeństwa. Surrealistyczne i przerażające obrazy wyrwane z archiwalnych dokumentów o Afryce pozostaną na długo w mojej pamięci. Szamańskie tańce, świadectwo cierpienia i obłędu w towarzystwie egzotycznego mirażu noise, surowego bitu techno i motywów afrykańskich sprawiły, że smażyłem się piekielnie w tym ognisku mieszanych sygnałów. Chciałem odwrócić wzrok, ale ciekawość za każdym razem wzięła górę nad zażenowaniem spowodowanym szkaradnością obrazów z Czarnego Kontynentu. Później dziennikarz Fact Mag na spotkaniu z Williamem Bennettem słusznie zauważył, że artysta chciał nam wyraźnie pokazać, że Afryka jest inna. Nie jest to kontynent z katalogów biur podróży, reklamujących wakacje życia w Kenii czy z muzyką world music w lokalnej kawiarni. Nie, Afryka jest obca i tak naprawdę nigdy jej nie zrozumiemy. Cut Hands stworzył sugestywny obraz równoległej rzeczywistości, w której życie toczy się według innych, właściwych sobie reguł, tak odległych od naszej estetyki i moralności.

Po wysmakowanej uczcie muzycznej futuryści wyruszyli dalej na Kazimierz, aby kontynuować ten dobrze rozpoczęty wieczór. Miejsce przy ulicy Estery rychło zapełniło się tłumem żądnym nowej dawki alkoholu i wrażeń. Oprawę muzyczną zapewnili Mat Schulz, twórca Unsound, wraz z kolegą o nieznanych mi personaliach Ruiem Silvą. Na improwizowanym parkiecie można było usłyszeć „I Will Survive” i inne ponadczasowe sztosy, sprzyjające beztroskiej zabawie. Nie lubię poniedziałku, ale taki i owszem!

Wtorek, 11/10/1970

Kolejną z wielu zalet festiwalu Unsound jest bogaty program okołomuzyczny. Nie sposób więc było nie skorzystać z tego zaproszenia do rozwoju intelektualnego i zajrzeć na jedno z wielu spotkań organizowanych w galerii Bunkier Sztuki. We wtorek o 17 swój monolog poprowadził Robin Fox, badacz synestezji, relacji między dźwiękiem i obrazem, i oczywiście miłośnik laserów. Gość z dalekiej Australii wyglądał jak wyleniały hipis tudzież naukowiec, którym rzeczywiście był. Prelegent opowiedział o swojej fascynacji zjawiskiem synestezji i o wielu sposobach, w jakich krzyżują się drogi ludzkich zmysłów. Nie zabrakło też mrożących krew w żyłach historii, jak ta o pokazie laserowym w Rosji, gdzie artysta użył świateł o olbrzymiej mocy i w pewniej chwili obniżył wysokość strumienia. Skutkiem tego ruchu było całkowite oślepienie wielu osób i poważne uszkodzenie wzroku u kolejnej grupy ludzi. Robert Fox zaprezentował szereg swoich animacji, w których próbuje wizualizować dźwięk. Australijczyk dokonuje transmisji na wiele sposobów, na przykład poprzez konwersję dźwięków z telewizora na trzy podstawowe pasma świetlne, co ostatecznie daje trójkolorowy obraz, będący odwzorowaniem dźwięku na ekranie monitora.


 

Wtorek był pierwszym dniem wydarzeń w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha, w którym co roku odbywają się koncerty w ramach festiwalu Unsound. Na pierwszy ogień poszedł polski projekt Niwea, który tworzą Dawid Szczęsny i Wojtek Bąkowski. W tym miejscu narażę się może pozostałym członkom redakcji Lineout, bo uznam, że ten koncert mi się bardzo nie podobał. Dawid Szczęsny jest w końcu autorem pierwszego podcastu dla naszego magazynu, więc powinienem do niego podejść z wyjątkowym nabożeństwem. Duet uprzedził mnie do siebie sposobem komunikacji z odbiorcą i natychmiastowym wytworzeniem aury pretensjonalności i maniery na rozpacz i zło. Publika mogła czuć się dziwnie, kiedy Bąkowski rozkazał jej wstać i zamknąć drzwi. Notabene, zwyczaj siedzenia widzów na podłodze podczas koncertów w Mandze był dla mnie zupełnie niezrozumiały. I słusznie, że wokalista zaprowadził porządek przed występem, ale stworzyło to negatywne napięcie między jego osobą i audytorium. Pewnie takie było jego zamierzenie, bo jak wszyscy wiemy, napięcie ma często twórczy charakter. Członkowie Niwei zagrali przyzwoity koncert, szczególnie Wojtek Bąkowski zdobył moje uznanie doskonałą dykcją i kreacją sceniczną. Bity Dawida Szczęsnego nie wywołały już takiego entuzjazmu i sam artysta wydawała się niezbyt zainteresowany publicznością. Domyślam się, że ten sceniczny przekaz frustracji i goryczy ma wydusić ze słuchaczy ludzkie emocje. Wciąż chciałbym, żeby artyści w Polsce dojrzeli w końcu do konstatacji, że nie tylko śmierć, zło i brud są tematem wartym uwagi. Utwory duetu były bardzo kostyczne i niosły w sobie nastrój pogardy i pragnienie dominacji nad widzem. To było po prostu odpychające.

Wieczór nabrał jaśniejszych tonacji dzięki występowi projektu LXMP, podczas którego Macio Moretti i Piotr Zabrodzki zaprezentowali autorską interpretację albumu „Future Shock” Herbiego Hancocka. Na początku wokoder w ustach Zabrodzkiego wywołał u mnie automatyczne skojarzenie z Chromeo, lecz oczywiście było to jedyne podobieństwo między tymi projektami. Macio Moretti zademonstrował swój talent jako multiinstrumentalista. Tym razem laureat Paszportu Polityki wystąpił jako perkusista i stworzył razem z Zabrodzkim atmosferę radosnego funku. Najciekawszym elementem występu LXMP była spontaniczna interakcja klawiszy z perkusją. Widz mógł zaobserwować świetnie wypracowane zrozumienie i język muzyczny, dzięki któremu artyści porozumiewali się bez słów. Instrumenty odegrały wzajemnie rolę świetnych kontrapunktów i weszły w ten sposób w autentyczny dialog.

Środa 12/10/1970

Pozostając pod olbrzymim wpływem występu Cut Hands, musiałem skorzystać z okazji, żeby zobaczyć spotkanie z Williamem Bennettem w Bunkrze Sztuki. Artysta opowiadał o historii zespołu White House, który był często posądzany o promocję treści faszyzujących. W latach osiemdziesiątych dochodziło nawet do incydentów, podczas których publika atakowała członków zespołu Bennetta. Podczas dyskusji często pojawiał się temat odpowiedzialności twórcy za swój przekaz. Kiedy jeden ze słuchaczy przywołał analogię do gangu Charlesa Mansona, Brytyjczyk wyraźnie zaznaczył, że odpowiada wyłącznie za treść, którą przekazuje ludziom, lecz nie weźmie nigdy odpowiedzialności za czyny odbiorców swojej muzyki. Moderator z Fact Mag poprowadził spotkanie bardzo sprawnie, bez narzucania swojej roli i zadawał Bennettowi pytania, które ten ciekawie rozwijał.


 

W środowy wieczór do Mangghi najbardziej zwabił mnie HTRK, duet z Sydney, który ostatnio wydał swój nowy album „Work, work, work”. Zespół ma za sobą burzliwe losy. Sean Stewart, założyciel projektu działającego pierwotnie jako Hate Rock Trio, odebrał sobie życie w zeszłym roku. Pozostali członkowie zespołu, Nigel Yang i Jonnine Standish, postanowili kontynuować działalność jako duet. HTRK wkroczyli na scenę oświetloną przez światła w różnych odcieniach fioletu. Za artystami można było zobaczyć cudowne wizualizacje polskiego kolektywu VJ Pussykrew, który zdobywa zasłużone uznanie na świecie. Ton koncertowi nadawała Jonnine, śpiewając i uderzając pałeczką w elektryczną perkusję. Yang uzupełniał występ grą na gitarze elektrycznej, odpowiadając równocześnie za obsługę (kluczowych dla ich muzyki) efektów i kontrolerów. Kobieta stała z głową podniesioną do góry i wzrokiem zapatrzonym w dal – niby nieobecna, ale uwodząca tłum postawą i śpiewem. Jeśli należy określić słowami muzykę HTRK, to powiedziałbym, że to wyważona kombinacja witch house i shoegaze. Chwilami brzmienie duetu przypominało do złudzenia aurę kompozycji Fever Ray. Australijczycy stworzyli wyjątkowy nastrój, który sprawił, że dla widzów czas stanął w miejscu.

Pokaz laserowy Robina Foxa był interesujący, bo rzeczywiście muzyka i obraz były idealnie zsynchronizowane i każdy dźwięk znajdywał swoje odzwierciedlenie w kształtach ukazujących się w powietrzu i na ścianach. Spektakl zaskoczył mnie oszczędnością brzmień. Australijczyk stworzył trudne do określenia napięcie w sali – coś na kształt ciszy przed burzą. Dźwięki towarzyszące laserowi były rzadkie i bardzo zmienne, ciche lub głośne, raz krótkie raz długie. Pomysł ciekawy, ale raczej sprawdziłby się lepiej w większej przestrzeni, która pozwoliłaby w pełni docenić walory estetyczne tego przedsięwzięcia.

Czwartek, 13/10/1970

Line-up na czwartkowy wieczór wywołał u mnie nie lada radość, a także zazdrość u znajomych, którzy nie dotarli jeszcze wówczas do Krakowa. To był prawdziwy cud, że tych wszystkich artystów udało się zgromadzić w jeden wieczór. Repertuar w piąty dzień festiwalu otworzył Cameron Stallones ze swoim projektem Sun Araw. Niestety zobaczyłem tylko fragment tego koncertu. Od razu można było wyczuć, że widownia płynie razem ze sceną. Sun Araw zbudował przestrzeń dubowych dźwięków, gęstą i filtrowaną przez wyczyny muzyków zza Oceanu. Lider projektu pozostawał skoncentrowany do samego końca i uwiódł publikę swoim brzmieniowym miszmaszem.


 

Następnie na scenie pojawił się duet Hype Williams, twór enigmatyczny i znany ze swej bezkompromisowości, której krakowski koncert był idealnym wyrazem. Muzycy tonęli w kaskadzie stroboskopów, a tym nie było końca. Po jakimś czasie ten audiowizualny obłęd stał się dość uciążliwy, lecz równocześnie wprowadził audytorium w błogi stan kapitulacji. Wciąż byliśmy torpedowani ze wszech stron atakiem świateł, które były tak dominujące, że zepchnęły muzykę Hype Williams na drugi plan. Warto zwrócić uwagę na mężczyznę w masce starca, z kapeluszem letnika i polo. To jest już stały element występów zespołu. Tym razem tajemniczy towarzysz zespołu siedział na jednej z kolumn i wpatrywał się swoją sztuczną facjatą raz to w kierunku widowni, raz to w stronę sceny. Warto by jednak wrócić do muzyki. Hype Williams zaserwował dźwięki toporne i nieznośnie repetetywne, przechodzące kolejne metamorfozy w sposób praktycznie niezauważalny. Zostaliśmy wrzuceni do tej magmy pneumatycznego obrazu i bitu, w którym pojawiały się co prawda kolejne sample, ale były w stanie jedynie zasygnalizować swoją obecność gdzieś za grubą ścianą ciężkiego rytmu. Na koniec artyści skutecznie ośmieszyli swoich widzów albo inaczej: wystawili ich cierpliwość na próbę. Mianowicie ostatnie kilka minut występu upłynęły pod postacią zapętlonego sampla, w którym ktoś kaszle. Doświadczenie to było równie śmieszne, co dziwne. Miałem to samo wrażenie, kiedy w galerii oglądam czarny kwadrat na białym płótnie i zadaję sobie pytanie: czy to jest jeszcze sztuka? W każdym razie tak tkwiliśmy jak idioci, słuchając kaszlącego człowieka. Niektórzy naiwnie wierzyli, ze to tylko złośliwy przerywnik. Później się jednak okazało, że to był koniec. Można polemizować, czy Hype Williams z nas zadrwił, czy chciał nas po prostu mocno zaskoczyć. Nie wiem. Ja się przynajmniej dowiedziałem, że słuchanie kaszlącego człowieka potrafi zakrzywić czasoprzestrzeń. Wydawało się, że trwało to całe wieki, choć w rzeczywistości upłynęło zaledwie kilka minut.

 

Po sporej dawce awangardy na scenie pojawiła się Laurel Halo, artystka z Brooklynu, która też nie lubi iść na łatwiznę i grać to, co ludzie chcą usłyszeć. Na szczęście Amerykanka preferuje styl odmienny niż Hype Williams – przy jej muzyce naprawdę można było odpocząć. Długowłosa postać w bluzie Adidasa ukryła wzrok pod głębokim kapturem. Laurel kształciła się od dziecka jako pianistka, więc wielki Roland jest dla niej wystarczającym narzędziem, żeby zaczarować przestrzeń wokół siebie. Artystka grała jak zawsze bardzo melodyjnie i słodko, generując dźwięki o estetyce zawieszonej między pokojem małej dziewczynki, a futurystyczną grą sci-fi. Nie był to koncert wyśmienity, ale doceniam Laurel Halo za to, że – podobnie jak Actress – po prostu robi to, na co ma ochotę. W kilku momentach dziewczyna znienacka uzupełniła eskapistyczne pejzaże o porcję ciężkiego techno. Wtedy wszyscy zaczęli kiwać głowami z satysfakcją. Po chwili tęgi bit znowu zniknął, a Laurel spokojnie kontynuowała snucie swoich klawiszowych wizji. Wyraz na twarzy artystki świadczył o tym, że była w swoim świecie. Jestem pewien, że publika to dostrzegła i w ten sposób niewinny eskapizm Laurel Halo udzielił się również tłumowi zasłuchanemu w jej rozmarzone melodie.

To jest oczywiście niepełny i bardzo subiektywny obraz pierwszych kilku dni Festiwalu Unsound. W tym roku nie zdążyłem obejrzeć instalacji w Fabryce. Słyszałem tylko, że były bardzo interesujące, ale trochę kiepsko oznaczone i wytłumaczone. Wiem też, że w przygotowaniu instalacji brali udział m.in. duet Raime i Daniel Lopatin z projektu Games. Cóż, może za rok się uda! Dni od niedzieli do weekendu są zawsze fajne podczas Unsound, bo to rozrywka bardziej rozłożona w czasie niż skumulowany ładunek Bass Mutations. Wykłady i spotkania z artystami w mieście są niepowtarzalną okazją do zastanowienia się nad muzyką od strony strukturalnej i filozoficznej. To mi się podoba w krakowskim festiwalu, że nie jest ukierunkowany wyłącznie na radości fizyczne. Wręcz przeciwnie, Unsound uruchamia też wyobraźnię i sprawia, że nie tylko nogi, ale i głowa działają przez ten tydzień na nieco przyspieszonych obrotach.

Podaj dalej:
  • Print
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Add to favorites
  • email
  • PDF
  • RSS
  • Technorati
  • Tumblr
  • Twitter
  • Wykop
  • LinkedIn
  • MySpace

3 Comments

  1. brumas

    eeh, niestety ten tekst zupełnie nie oddaje klimatu festiwalu :(

  2. Paulina

    „Miejsce przy ulicy Estery rychło zapełniło się tłumem żądnym nowej dawki alkoholu i wrażeń. Oprawę muzyczną zapewnili Mat Schulz, twórca Unsound, wraz z kolegą o nieznanych mi personaliach.” Tren kolega to Rui Silva – wystarczy chwile poszukać albo sie kogoś zapytać. troche nieładnie organizatora eventu i jednego z głównych pomysłodawców projektu pocztówki tak pomijać.

  3. Jedrek Jendroska

    Od natłoku wrażeń i wielkich nazwisk łatwo kogoś pominąć :) dzięki za uwagę, poprawione 5!

Dodaj komentarz

*