Outlook to jeden z tych festiwali, o których ciężko zacząć pisać – tyle w tym festiwalu punktów odniesienia, tyle wrażeń, tyle mojej jeszcze rozgrzanej przez istryjskie słońce głowy. Przyczyną mojego pobytu tam była rzecz jasna muzyka, w całym swoim stylistycznym rozrzucie, ale nie można też powiedzieć, bym koncentrował się tylko na niej. Oferta tego miejsca, jak i ludzi którzy tam się pojawili, była bowiem równie fascynująca i niezapomniana.
Moje wspomnienia związane z Chorwacją sięgają dziesiątego roku życia. Całkiem inny region – wyspa Hvar; wszechobecny zapach lawendy, równie kamienista plaża i transparentne, obłędnie czyste morze. Dzieciństwo. Gdzieś tam mignęły mi też miasta Split i Dubrovnik – wszystko to zapisało się w jak najbardziej pozytywnej kategorii „Chorwacja”. Na wieść o powrocie do kraju nad Adriatykiem nie mogłem się nie cieszyć – choć z pewnością już sam line-up Outlooka, liczący ponad trzystu artystów, olśniewa, a przy tym starczyłby na obdzielenie pewnie z pięciu, jak nie dziesięciu pomniejszych festiwali. Sztandarowe gwiazdy dubstepu pokroju Skreama czy Bengi, jeden z twórców tego gatunku – Steve Goodman, znany jako Kode9,czy kolektyw Digital Mystikz, drum’n'bassowy pionier Shy FX, jamajskie legendy pokroju Horace Andy czy Twinkle Brothers… Mnóstwo było w Puli wielkich nazwisk, a tych pomniejszych, równie obiecujących – jeszcze więcej.
Na miejsce dotarliśmy bezpośrednio z Krakowa, jadąc niewielkim busem, mieszczącym jakieś trzynaście osób, w tym dwóch ludzi związanych z muzyką bardziej profesjonalnie – Hatti Vatti z Gdańska i Zeppy Zep z Krakowa (trochę reklamy – polecamy ich produkcje, bo są jak najbardziej warte sprawdzenia). Wewnątrz busa szybko zapanowała bardzo polska atmosfera – 40% rozchodziło się niczym ciepłe bułeczki, zwłaszcza wtedy, gdy kierowca zaatakował z DVD tak wybitnym tytułem jak „Szalony akademik”. Nie zapomnijmy też o pewnej personie, z którą wiążą się wspomnienia pod tytułem beztroskiego odpalania papierosa w busie, czy rozmów niekontrolowanych i nie do końca zrozumiałych (pamiętajcie drodzy czytelnicy – nie pijcie wody do wódki, amen). W podróży przemknął mi przed oczyma piękny, pogrążony w nocy Budapeszt i wschód słońca nad słoweńską granicą. Potem już ukazały się masywne, górzyste krajobrazy na samej Chorwacji. Wtedy automatycznie poczułem wakacje.
Na Outlookowym parkingu zastaliśmy dziesiątki osób, trochę chaosu, a przede wszystkim żar lejący się z nieba. Po kilkunastu godzinach traktowania klimatyzacją można było doznać niemałego szoku. Uwinięcie się z kwestiami campingu zajęło nam trochę czasu, natomiast odebranie press passa od przemiłej – i wielokrotnie potem przez nas spotykanej obsługi festiwalu – było po prostu przebanalne. I tak stanęliśmy na chorwackiej ziemi pełnymi stopami, mając przed sobą cztery dni festiwalu wypełnionego po brzegi muzyką, słońcem i życiem.
Parafrazując tytuł pewnego znakomitego filmu i książki – to nie jest festiwal dla słabych ludzi. Temperatury wyprzedzają znacznie tegoroczne mizerne upały w Polsce, alkoholu i innych używek nie brakuje (a niektórzy wręcz twierdzą, że leżą na ziemi), a imprezy toczą się od południa (kapitalna scena na boisku koszykarskim i ta na plaży) do szóstej nad ranem. Na polu namiotowym nawet w godzinach „wszyscy-chcieliby-pójść-spać” łatwo o pijackie okrzyki, hymny wyspiarskich drużyn, porównywanie długości włosów łonowych (to dzięki ulokowanemu niedaleko od nas bardzo rozrywkowemu towarzystwu, które przepadało za Jager Bombs i przytulaniem się do drzew) czy chorwacko – brytyjskie pojedynki raperskie (czarny reprezentant Wielkiej Brytanii na moje słowa o tym, że jestem z Polski, przywitał mnie radosnym okrzykiem „Kurwa macz!!!”). Dodajmy do tego spore i wyłożone często kamieniami odległości pomiędzy scenami i campingiem, a także pył unoszący się z ziemi na niektórych scenach (warto zaopatrzyć się w maski). Bywały po prostu momenty kiedy traciłem powera i niektóre koncerty odbierałem z pozycji siedzącej, czy stojącej, ale daleko od sceny. Łatwo nie było, ale z pewnością było warto.
Outlook to też festiwal pięknych i różnych ludzi. Ta myśl powracała do mnie jak bumerang, gdy byłem na miejscu. Na żadnym z festiwali nie widziałem wcześniej równie wielu opalonych, umięśnionych, wytatuowanych ciał (momentami wydawało mi się, że co trzecia osoba miała co najmniej jeden tatuaż), równie wiele tuneli w uszach, fantazyjnych kolczyków, czy gęstych burz dredów. Całej tej ekspozycji rzecz jasna sprzyjała upalna pogoda, ale mimo tego nie mogłem opędzić się od „fizyczności” festiwalowiczów. Jako, że 90% ludzi na Outlooku pochodzi z Wysp Brytyjskich, rozstrzał rasowy/etniczny był też całkiem spory, a stereotypy „rudych Brytoli i paskudnych Angielek” można było ostatecznie wyrzucić do kosza. Nie brakowało co prawda „okazów” o stylizacji rodem z Jersey Shore, a raz spotkałem nawet swojsko wyglądającą parę brytyjskich dresiarzy (tam bodajże nazywanych chavsami), ale mimo wszystko była to zdecydowanie mniejszość.
Kolejnym rzadkim w Polsce elementem (podejrzewam, że na pewno Woodstock oferuje tego typu przypadki) byli ludzie poprzebierani za (m.in.) zakonnice, małpy, tygrysy, czy też człowiek – koń. Rave all night long!
Klimat to dla mnie słowo klucz, jeśli chodzi o Outlooka. Łatwo tego słowa nadużywać i z nim przesadzić, ale w przypadku tego festiwalu naprawdę czułem coś wyjątkowego, co jakby wisiało w powietrzu. Tego czegoś zabrakło mi na przykład na tegorocznym Tauronie, który wydał mi się raczej wydarzeniem muzycznym (bardzo wysokiej klasy), ale nie festiwalem. Duży wkład w „festiwalowość” Outlooka miał oczywiście mój pobyt na polu namiotowym i wszystkie związane z tym historie, wiecznie unoszący się zapach Jamajki, zrelaksowana, wakacyjna atmosfera i po prostu obecni tam ludzie. Także poboczne wydarzenia, jak na przykład breakdance’owa bitwa w południe, pod sceną umieszczoną na boisku koszykarskim, zapadły mi mocno w pamięć.
Outlook okazał się dla mnie najbardziej pozytywnym towarzysko festiwalem w życiu. Na żadnym festiwalu nie zdarzało mi się po prostu rozmawiać, uściskiwać ręce i życzyć sobie wszystkiego dobrego z ludźmi przygodnie spotkanymi w drodze pod prysznic, czy do toi toia. Także bezpośrednio na terenie koncertów co i rusz spotykałem przyjazne, uśmiechnięte i pozytywnie nastawione osoby, mające o Polsce bardzo dobre zdanie (bardzo często też chwalące polską wódkę). Może to szczęście, ale ani razu nie zetknąłem się tam z agresją, czy chociażby nieprzyjaznym nastawieniem. „Moim” Outlookiem kołysał po prostu pozytywny vibe, a „Cheers” i „Have fun/have a great time” słyszałem wiele razy każdego dnia. Muszę też powiedzieć, że w rozsiewaniu uśmiechu miała też udział „pani fotograf”, którą zabrałem na festiwal. Jestem pewien, że spora część ludzi zagadywała do nas właśnie ze względu na nią i jej niesamowity „friendly attitude” (a także dwustronną bluzkę Yes/no, która okazała się fenomenem i powodem zatrzymywania nas przez liczne grupy ludzi krzyczące „NO!” lub „YES!”). Tutaj więc miejsce na coś osobistego – dziękuję, Alice.
Poszczególne sceny na timetable (które – warto dodać – było płatne i to niewątpliwy minus tego festiwalu i pierwszy taki przypadek, z jakim zetknąłem się w życiu) w zależności od dnia nosiły różne „podtytuły”. I tak na przykład w piątek impreza na Dock Stage przebiegała pod hasłem DMZ. Mieliśmy szansę zobaczyć, rzecz jasna, Digital Mystikz, a także m.in. Loefah, Pincha, czy Distance. W niedzielę ta sama scena była już zorganizowana pod hasłem Sub:stance (tak jak cykl imprez w berlińskim Berghain) – i nagle pojawili się tam artyści z zupełnie innej półki, tacy jak Scuba, Shackleton, Pearson Sound, czy Addison Groove. Każdej nocy festiwalu trzeba było zmagać się z ciężkimi wyborami i „ciasnością” czasową line-upu. Niektórych artystów ominąłem ze względu na odległości między scenami, innych dlatego, że wiem, że jeszcze będę miał szansę ich zobaczyć w bliższej przyszłości, a na niektórych po prostu nie zdążyłem przez różne towarzyskie zawirowania (patrz: Pangaea). Niektórych – mimo ogromnej sympatii dla ich dokonań (Instra:mental czy Boddika) – ominąłem z prostego powodu, czyli widzenia ich wcześniej. Jednak i w tej materii robiłem wyjątki, które zresztą okazywały się słuszne.
Jednym z nich był Kyle Hall, którego występ uważam za jeden z najlepszych, jakie widziałem na festiwalu. Liczący zaledwie dwadzieścia lat Amerykanin, który zagościł na pełnej pyłu Outside Courtyard Stage, uderzył prawdziwą endorfinową bombą. Widziałem go w zeszłym roku w krakowskiej Fabryce na festiwalu Unsound, ale tam nie zrobił aż takiego wrażenia. Co prawda wspaniale oglądało się jego didżejskie ADHD, ale może wtedy po prostu mniej podzielałem entuzjazm do Detroit techno. Teraz takich rzeczy jak najbardziej łaknę i Kyle zapewnił ich co nie miara. Jak mawia współredaktor Paweł Klimczak liczy się „dobre techenko” i to Amerykanin jak najbardziej umiał dostarczyć. Kosmiczny, wykręcony groove (duch Sun Ra czuwał!), hipnotyczna rytmika i kwaśna funkowość były tym, czego zdecydowanie brakowało mi na wielu scenach wypełnionych jednorodnym dudnieniem pancernych basów. Z tego powodu około półtorej godziny spędzone z Kylem Hallem było prawdziwym zastrzykiem świeżości.
Kilka godzin po nim na tej samej scenie gościł Lone, który kiedyś przyznał mi, że Outlook to festiwal, na którym grało mu się najlepiej w życiu. Jego kawałki, mocno osadzone w przeszłości (zwłaszcza w latach ’90 i ówczesnych rave’ach), kaseciakach i „wytartych” brzmieniach w stylu Boards of Canada – nawet o 4.30 – porze często krytycznej – sprawdzały się idealnie. Do tego sporo wycieczek w stronę mocno eksploatowanego teraz acid house’u i zagranie „Getting Me Down” Blawana, jak dla mnie wielkiego nieobecnego festiwalu, spowodowało u mnie osobistą uciechę. Sobotnia noc, uwieńczona tym koncertem, była dla mnie najbardziej euforyczna z całego festiwalu. Wracałem dopiero przed siódmą, uprzednio jeszcze bawiąc się ze świeżo poznanymi Bristolczykami i kawałkiem busowej ekipy na małym afterze, który toczył się w drodze na camping. (W tamtym miejscu powstawały też ciekawe graffiti i można było co nieco przeczytać o początkach dubstepu i paru innych gatunków).
W temacie „młodych zdolnych” równie dobrze bawiłem się podczas wieczoru „New Bohemia” na Fort Arena, gdzie grał rówieśnik Kyle’a Halla, Koreless. Szczerze mówiąc, to nie sądziłem, że muzyka tego producenta jest aż tak nasycona basem. Nie jest to bynajmniej żaden zarzut, bo kawałki grane przez niego (między innymi jego „MTI”) na potężnym Outlookowym soundsystemie po prostu zachwycały swoją wielowymiarowością i subtelnością. Parę godzin przed Korelessem widziałem na „Bohemii” innego obiecującego producenta – Eliphino. Choć początkowo borykał się z niziutką frekwencją (grał jako pierwszy, o godzinie dziewiętnastej) i grał back2back z innym didżejem, stopniowo przejmował stery i zaczął przyciągać coraz większe ilości ludzi. Nie zabrakło w tym secie soulowego ciepła, tropikalnych bębnów, starych uk garaży, sprawnego miksowania (kilka przejść było naprawdę pamiętnych) czy wreszcie jego własnej muzyki – zmysłowej i hedonistycznej, naszpikowanej samplami z R&B, rewerbacjami i synkopowaną rytmiką. Po cichu liczę, że w końcu zrobi się o nim głośniej… A może ktoś sprowadzi go do Polski? Warszawskie 1500m2 wydaje mi się idealnym miejscem dla jego muzyki.
Po Eliphino i Koreless zatrzymałem się na Fort Arena jeszcze dla jednej postaci: Hudson Mohawke. Co prawda widziałem go już w Warszawie… ale… No właśnie, dał tam kapitalny występ, i chciałem „przeżyć to jeszcze raz”. Tym razem co prawda nie złapałem aż tak klimatu (tak to jest, kiedy występ ogląda się nie od początku i nie do końca), ale Szkot zdecydowanie nie szczędził uderzania hip-hopowymi bangerami, czy własnymi roziskrzonymi produkcjami – między innymi z ostatniej EP „Satin Panthers” (przy „Thunder Bay” rozpętało się istne szaleństwo). Za didżejką łączył też siły z rodakiem, Rustiem.
Poprzedniego dnia w tym samym miejscu widziałem Synkro & Indigo, których definicja dubstepu, zasilana Burialową głębią (czasem wręcz określam ich muzyką medytacyjną) oraz 2stepową, a momentami nawet drum’n'bassową motoryką, jest jak najbardziej ciekawa. Także na żywo panowie, osaczeni świetnymi wizualizacjami (to była zresztą reguła na Outlooku), robili wrażenie. Nie zabrakło wycieczek w robotyczne, odhumanizowane techno, czy też grania utworów wyżej wspomnianego Korelessa. Piękny set. Panowie grali także na Boat Party, czego nie miałem okazji zobaczyć i żałuję:
Na tej samej scenie pierwszego dnia królował Hyperdub. Zobaczyłem w końcu Ikonikę, czyli jedną z niewielu kobiet w tym „biznesie”, która oprócz grania swoich „hiperaktywnych”, nasyconych 8bitem numerów zmyślnie korzystała z potężnego nagłośnienia i przygniatała publikę dubstepowymi i grime’owymi ciężarami. Po niej był Kode9 (prywatnie bardzo sympatyczny człowiek, mający dużo ciekawego do powiedzenia), którego set „rozerwał” mnie o dużo bardziej od tego na Off Festivalu. Było po prostu dużo lepiej – lepsza atmosfera, lepsze nagłośnienie, lepsza publika – i nawet to, że znowu słyszałem, jak Kode9 grał „Alarmę” w remiksie Machinedruma i wiele innych, tych samych kawałków, nie przeszkadzało mi w żaden sposób. Na tej samej scenie zahaczyłem potem jeszcze o występ Scratcha DVA.
W kategorii niezapomnianych didżejskich wyczynów moim numerem jeden jest Oneman. Miałem okazję zobaczyć go na szczecińskim Boogie Brainie i od tamtego czasu jestem jego wiernym wyznawcą. Jednak wtedy występował w ciasnym klubie i w bardziej intymnej atmosferze, więc postanowiłem sprawdzić go w całkiem innych warunkach.
Ciasny wąwóz sceny Moat (Oneman występował w ramach wieczoru labelu Swamp 81, prowadzonego przez Loefah) okazał się strzałem w dziesiątkę. Brytyjczyk w ciągu dwóch godzin zagrał aż 83 kawałki! Robił to z ekwilibrystyką najwyższej klasy i wręcz niespotykanym eklektyzmem. Wiódł publikę od nightslugowych bangerów („WUT” – Girl Unit – zresztą chyba najczęściej grany utwór w różnych setach tego festiwalu) i dusznych, ciężkich numerów (modne obecnie „Sicko Cell”) przez Waka Flocka Flame (pięknie w końcu było zobaczyć czarnych ludzi tańczących do jego kawałków), aż do kończących minut, gdy skierował się ku… soulowi i jazzowi (między innymi usłyszałem ukochaną Ninę Simone). Również polska ekipa, bawiąca się pod sceną, była kolejnym akcentem, który nie pozwala mi zapomnieć o tym występie. „Show me one finger for Oneman!”
Kolejna scena, przed którą się bawiłem, to Mungo’s Arena. Nie spędziłem tam szczególnie dużo czasu, bo królowały tam głównie jamajskie klimaty, ale zdążyłem m.in. natknąć się na miażdżące basowe tąpnięcia El – B i kawałek seta Dub Boy’a. Potem trochę żałowałem przegapienia uk funkowego Lil Silvy, ale taki urok festiwali – nie da się zobaczyć wszystkiego…
Fantastyczny skład w wieńczącą, niedzielną noc oferowała scena na zewnątrz fortu. Mosca (który zagrał „BAX” z nadchodzącej dwunastki – mówię Wam, ten kawałek będzie wkrótce rządził i dzielił na parkietach), back2backowy set L Visa 1990 z Bok Bokiem (były tropiki, wybitnie letnie „Lost in Love” L-Visa, stworzone we współpracy z Javeonem McCarthy i jak zawsze zabójcze „Swims” Joya O i Boddiki), Girl Unit (wystarczy, że grał swoje własne kawałki jak „WUT” czy „Irl” i wszyscy byli w niebie) i 2-stepowy klasyk MJ Cole. Nie muszę mówić, że spędziłem tam (albo przynajmniej w bliskiej okolicy) te parę godzin, szpikując się obłędną dawką brzmień z okolic Night Slugs/Numbers, a także wszelkiej maści „garażami”, uk funky, R&B, grimem i rapem.
Główne sceny, usytuowane w oddaleniu od fortu, czyli Main Stage i Dock Stage, nawiedzałem kilkakrotnie. Dock Stage zresztą kojarzy mi się bardzo wesoło – gdy postanowiłem tam przez chwilę potańczyć do drum’n'bassów, szybko wyhaczyła mnie jakaś pani, która bez większego wahania spytała mnie, czy mogę jej sprzedać trochę MDMA. Niestety mogłem jej tylko życzyć powodzenia w dalszych poszukiwaniach…
Na Main Stage widziałem między innymi (fragment) dubowego Iration Steppas, totalnie przypadkowo i w oczekiwaniu na coś innego, ale muszę przyznać, że nie brakowało im dobrej, zielono-żółto-czerwonej wibracji. Widziałem tam też jeden z niewielu aktów z Ameryki – czyli Pharoahe Monch, który zrobił 100% show, doprowadzając w pewnym momencie nawet do szaleńczego pogo (jako, że akurat trzymałem aparat, automatycznie ewakuowałem się do tyłu). Dodajmy do tego sięganie po klasyki (Dr. Dre z ery „2001″; nie zabrakło nieśmiertelnego „Smoke weed everyday” i wspominania niedawno zmarłego Nate Dogga) i możemy powiedzieć, że był to naprawdę fantastyczny koncert. Wyspiarski hip hop zapewnili Foreign Beggars, bezlitośnie nawijający swoje wersy i równie mocno pobudzający publikę. Drum’n'bassy i jungle wysokiej próby zapewnił Shy FX. Nie jestem szczególnym fanem takiej muzyki, ale przy tym koncercie moje kończyny nie zaznały spokoju. Z kolei The Bug z Flowdan’em wzbudzili basowe trzęsienie ziemi, grając liczne sztosy z „London Zoo”.
Na mainie, w nietypowym dla tych okolic deszczu, wystąpił też Skream – chyba trochę pijany, wnioskując po niektórych „tarciach” i niedokładnościach podczas grania, ale o tym, że jest niezłym imprezowiczem wiedzą już chyba wszyscy. Idąc w publikę można było poczuć ducha zabawy, ale generalnie mocno mainstreamowo – dubstepowa selekcja mnie nie zachwyciła. Lepiej było za to na Jamie xx, który chwytał za serce własnymi produkcjami – zwłaszcza remiksami Gila Scotta Herona, które w końcu miałem okazję usłyszeć w ich pełnej krasie. Grał także ramię w ramię z Benjim B – didżejem i hostem radiowym, który przejął słynną audycję w BBC1 po Mary Anne Hobbs.
Na sąsiedni Dock Stage na dłużej zawędrowałem tylko na końcówkę występów Pearson Sound i Addison Groove. Tego pierwszego ciągle nie mogę zobaczyć w całości – ten sam problem miałem w przypadku Taurona, gdzie z kolei obejrzałem tylko początek jego seta. Dobrze, że za jakiś czas odwiedzi Warszawę razem z Blawanem – w końcu do trzech razy sztuka… Także Addisona (to był mój ostatni koncert na Outlooku, który zaczynał się o czwartej w niedzielną noc), mimo uwielbienia dla jego muzyki, oglądałem tylko przez pół godziny, walcząc z festiwalowym zmęczeniem. Na szczęście zdążyłem usłyszeć miażdżącego „Footcraba” i parę innych jego kawałków, którymi po prostu zmielił mnie na drobno. Autorska wersja muzyki juke Addisona jest czymś, czego nie można przegapić. Uderzajcie więc śmiało na Unsound, bo to najbliższa okazja, żeby zobaczyć alter ego Headhuntera w naszych okolicach.
Wybór, jaki oferuje Outlook, jest niesamowity. Chyba żaden inny festiwal w Europie nie gwarantuje takiego przekroju brytyjskiej muzyki klubowej – od prawdziwych legend po najświeższych i najbardziej obiecujących młodych producentów. Mnogość scen i lokalizacja w forcie Punto Christo (wybudowanym w dziewiętnastym wieku za czasów cesarstwa austriackiego) oraz na chorwackim wybrzeżu na długo pozostaną w mojej pamięci. Osobiście żałuję, że nie udało mi się zobaczyć żadnej z Boat Parties – press pass nie zapewniał mi na nie wejścia, a wszystkie bilety zostały wyprzedane już na parę ładnych miesięcy przed samym Outlookiem (jak zresztą bilety na sam festiwal). Ekipy, które tam występowały (wystarczy wymienić Hessle Audio vs Hemlock, Rinse FM, Hotflush, Deep Medi, Shogun Audio, czy Swamp 81) musiały niesamowicie rozkołysać tę łódź…
Nie jest oczywiście Outlook festiwalem bez wad. Tak jak pisałem, za dokładny timetable trzeba było płacić (z tego, co pamiętam – 40 kun, czyli około 20 złotych), a jego jakość pozostawiała wiele do życzenia (kartki łatwo się odrywały i nietrudno było je zgubić – mi na przykład brakuje dwóch, stąd pisząc tę relację nie jestem 100% pewien, czy nie ominąłem kogoś, kogo widziałem). Zasadniczo, ceny na festiwalu mogą być ciężkie do strawienia dla przeciętnego Polaka (10 zł za lane piwo), ale da się to jakoś przełknąć. Chorwacja, wbrew pozorom, tania nie jest, ale ceny w sklepach były i tak znacznie bliższe do tych w Polsce niż w Wielkiej Brytanii. Największą inwestycją jest sam bilet, który kosztuje bodajże około 600 zł, jak i sama podróż (ekipa busowa płaciła od osoby prawie 500 zł). Z drugiej strony, warto też pamiętać, że za takie pieniądze otrzymujemy line-up totalny i niezapomniane miejsce wakacji.
Do wad imprezy można z pewnością zaliczyć kilometrowe kolejki do bankomatu. Na terenie festiwalu był tylko jeden „ATM”, a jak się można domyślić, zapotrzebowanie na nie było ogromne. Ja korzystałem wyłącznie z zasobów gotówkowych, więc ominęła mnie wątpliwa przyjemność kilkugodzinnego stania w kolejce, ale zapewne wielu Outlookowiczów miałoby na ten temat coś do powiedzenia. Innym bólem były momentami kwestie higieny. Chociaż Outlook posiadał zarówno „stacjonarne” toalety, jak i toi toie, to i jedne i drugie wyglądały i pachniały momentami koszmarnie. To jednak zarzut kierowany nie tylko do organizacji festiwalu, ale i do samych festiwalowiczów. Nie wiem, kto miał pomysł, żeby wymazywać gównem drzwi od toalety, czy podłogę, ale niestety i takie przypadki też miały tam miejsce.
Czasem też miałem wrażenie przeciążenia basem. Jeśli chodzi o dubstep, to ten gatunek na festiwalu „wali drzwiami i oknami”. Moim zdaniem czasem brakowało klimatów techno, minimal czy house, które pozwoliłyby urozmaicić zabawę i skierować ją trochę na inne tory. Rozumiem jednak, że brytyjska publika ma swoje przyzwyczajenia i oczekiwania, którym organizatorzy festiwalu muszą wyjść na przeciw. Bardzo brytyjska była też obecność rozgrzewających publikę MC na większości scen. U nas ta tradycja niemal nie istnieje i jestem pewien, że dla wielu osób jest irytująca. Wydaje mi się, że i dla samych Brytyjczyków zaczyna być nużąca. Osobiście (poza paroma przypadkami – MC na Mosce) mi to nie przeszkadzało, a zwykle wręcz składało się na nową jakość odbioru muzyki.
W moim przypadku liczne dobre wspomnienia zdecydowanie wypierają te kiepskie. W mojej głowie zapisana jest plaża, niemal ciągle oblana słońcem i będąca cudownym miejscem do spędzania tam licznych godzin z zimnymi trunkami i w otoczeniu muzyki („Yonkers” Tylera o 17 w takiej scenerii – dziwne, ale fajne!). W mojej głowie kołyszą się wszystkie te wydarzenia, pędzące zbyt szybko, by dokładnie je uchwycić nawet z pomocą fotografii, i wielu ludzi, których, jeśli jeszcze kiedykolwiek spotkam, to pewnie tylko na następnym Outlooku. Wyobrażam sobie, że te spotkania będą całkiem zabawne, że przyjemnie będzie rekonstruować to, co działo się rok wcześniej, to gdzie się poznaliśmy, gdzie byliśmy, czym się zachwycaliśmy.
Chorwaci się tym wkurzali, ale mi pozostaje tylko zanucić sceniczną, Outlookową śpiewkę: „Croatia, Croatia!” – bo to festiwal wyjątkowy, impreza, którą z pewnością warto przeżyć choć raz. Zatem jeśli zastanawiacie się co robić w przyszłe wakacje, to macie już jedną koncepcję…
Pingback: Dimensions Festival oficjalnie zapowiedziany | LINEOUT.PL | LINEOUT.PL