Fest Food: Sónar Festival 2012

To był piękny weekend. W niedzielę rano wróciłem z festiwalu Sónar w Barcelonie. Od czwartku do soboty stolica Katalonii była po raz kolejny świadkiem wielkiego święta awangardowej muzyki elektronicznej. Hiszpańscy kuratorzy przedstawili ambitny program dzienny i nocny, który ogarnął kilka scen wokół MACBA ? Muzeum Sztuki Współczesnej ? i teren dużego centrum konferencyjnego na przedmieściach. Wybór wydarzeń był oczywiście zbyt olbrzymi, żeby spróbować wszystkiego, więc często pojawiały się dramatyczne wybory. Obok głównego programu festiwalu mieliśmy też do dyspozycji liczne imprezy niezależnych labeli i tańce w barach na plaży i na dachach miejscowych budynków. Jak do tego dodamy jeszcze okoliczność, że to Barcelona, to już trudno o lepszy scenariusz na festiwal muzyczny.

Techno nad basenem

Czwartek minął w dużej mierze na załatwianiu formalności, więc dopiero pod wieczór ruszyliśmy na pierwsze wydarzenie muzyczne. W eleganckim hotelu niedaleko morza zaplanowano imprezę labelu Items & Things prowadzonego przez trójkę techno-przyjaciół: Magda, Troy Pierce i Marc Houle. Dezerterzy z Minusa po rozstaniu z Richie?m Hawtinem wydają muzykę w małej, ale własnej oficynie. Mieliśmy okazję zamienić kilka słów ze wspomnianą ekipą w ich pokoju hotelowym. Zapis z tej rozmowy będziecie mogli przeczytać u nas już wkrótce. Event był o tyle świetny, że odbywał się na gustownym patio Hotelu ZT. Pogoda była idealna na muzykę w plenerze? bezchmurne niebo, morska bryza i do tego wysoka temperatura. O ile hotel wysokiej klasy nie kojarzy się automatycznie z ideą imprezy techno, to był to strzał w dziesiątkę.

Kameralna didżejka, dobrze wyposażony bar i krystalicznie czysty basen stworzyły klimat luźnej domówki dla najbliższych przyjaciół. Wśród gości krążył gigantyczny opalony bramkarz, jednoosobowy eksponat wymiaru sprawiedliwości z wyrazem zadowolonia na twarzy. Na początku grał na żywo Madato, młody narybek w Items & Things. Set był niby poprawny, ale dość monotonny ?pełnił funkcję tła do pogawędek na tarasie i niezobowiązującego tupania nóżką. Później za stery wkroczył Troy Pierce, który sprawił, że atmosfera się trochę ożywiła. Powoli zachodziło Słońce, a patio zapełniało się nowymi amatorami techno. Wieczór w hotelu zapowiadał się przyjemnie, ale chcieliśmy się przekonać, co słychać na terenie właściwego Sónaru. Ruszyliśmy więc na wypożyczonych rowerach (idealny środek transportu na Barcelonę) w kierunku Plaça de Catalunya i dalej do MACBA.

Moda, piękno, różnorodność

Wywiad z Magdą sprawił, że umknął nam showcase Brainfeedera, ale w końcu nie można mieć wszystkiego. Nie było mi również dane zobaczyć występu naszego reprezentanta Eltrona Johna, który – według naocznych świadków – zachwycił publikę swoim setem i stylowym wdziankiem z głębokim dekoltem. MACBA, gdzie odbywały się wydarzenia w ramach Sónar By Day, okazało się najciekawszym miejscem na całym festiwalu. Widzowie siedzieli na ziemi wśród zieleni w atmosferze pikniku i letniego relaksu. Zobaczyłem zaledwie fragment występu Thundercata ? świetnego basisty z kalifornijskiej załogi Flying Lotusa. Amerykanin chodził po scenie w koszulce piłkarskiej reprezentacji Hiszpanii – ładny ukłon w stronę gospodarzy.

Warto wspomnieć, że Sónar był chyba najbardziej estetycznym festiwalem, w jakim miałem okazję brać udział. Festiwalowy swag na każdym kroku – stroje wszelkiej maści – kolorowe, ekstrawaganckie i bardzo wyrafinowane. MACBA w pełnym słońcu była pięknym okazem pluralizmu. Kalejdoskop języków, kolorów skóry, orientacji seksualnej i sposobu bycia, który tworzył jako całość barwny krajobraz różnych spojrzeń na modę i ekspresję własnej osobowości. Wciąż mam w oczach urzekający widok pięknych młodych ludzi migrujących w tej artystycznej scenerii.

Przez cały festiwal w powietrzu unosiła się słodka woń zieleni, z której zgromadzona młodzież czerpała pełnymi garściami – jeśli wiecie, co mam na myśli. Zapach tytoniu dawał się tu odczuć jako epizodyczny przerywnik rozdzielający opary dominującej nuty. Dostęp do narkotyków był bardzo łatwy i każdy, kto miał na to ochotę, mógł skorzystać z usług sprzedawców krążących wśród festiwalowej publiki. ?Pills, cocaine, MDMA?? ? to była regularna śpiewka w festiwalowym tłumie. Nawet mnie raz dziewczyna wzieła za dilera i pytała o możliwość zawarcia transakcji. Zaskoczeniem był dla nas niezwykle otwarty sposób zażywania wszelkich specyfików. W Polsce cały festiwal by trafił do aresztu. Mimo tego liberalnego podejścia do tematu, nie mieliśmy do czynienia z żadnymi ekscesami poza kilkoma przesadnie upojonymi osobnikami, ale to raczej na skutek alkoholu. Ludzie bawili się schludnie i mimo palenia i wciągania różnych substancji, nie było tu żadnej degrengolady. To było bardzo fajne.

Footwork rządzi

W scenie namiotowej Red Bull Music Academy trzeba było iść na pozycję obowiązkową ? DJ Rashad i DJ Spinn, których przegapiłem na ostatnim Unsoundzie w Krakowie. Pionierom juke?ów towarzyszył młody tancerz, który urozmaicał set swoim footworkowym pokazem. Wypełniony ludźmi namiot entuzjastycznie wspierał producentów z Chicago, którzy włączyli do swojej selekcji takie pewniaki jak ?Out In The Streets? od Africa Hitech i juke?owe refiksy popowych utworów. Widać było, że zajawka na footwork trwa w Europie w najlepsze. Obecni w namiocie wiedzieli po co przyszli, ghetto-połamańce zza Oceanu nie wprawiły publiki w konsternację. Wręcz przeciwnie, tłum podchwytywał ruchy tancerza ze sceny i każdy na swój europejski sposób tańczył do rozpędzonych bpm-ów duetu Rashad-Spinn. Organizatorzy nie docenili popularności artystów ze sceny RBMA, bo namiot był chyba trzykrotnie za mały na liczbę zainteresowanych. Przez cały festiwal nadwyżki tancerzy zgromadzone przed Sónar Dome obserwowały sety spoza namiotu, trochę z góry, posiłkując się napojami z  barów, które były prawie na wyciągnięcie ręki.

Showcase Numbers

Jako, że czwartek był w dużej mierze dniem organizacyjnym i umknęła mi lwia część line-upu, uznałem, że nie można tego tak zostawić. W klubie Nitsa oddalonym o kilka minut krótkiego spaceru od La Rambli na czwartkowy wieczór zaplanowano showcase Numbers ? znanego labelu z Glasgow. Nazwiska na plakacie kładły na łopatki: Levon Vincent, Joy Orbison b2b Jackmaster, Spencer i Nelson. Na miejsce dotarłem dopiero o drugiej, ale już napotkany w kolejce do wejścia Lando Kal był dowodem na to, że warto się było tutaj pofatygować. Klub przypominał trochę archaiczny saloon z westernu ? pewnie za sprawą dużej ilości drewna i czerwonych kul świetlnych. Gabarytami klub Nitsa budził też skojarzenia z wielkim starym kinem ? spory parkiet bez problemu pomieścił licznie zgromadzonych festiwalowiczów.

Gwiazdy na każdym kroku

Trudno stwierdzić, gdzie było więcej gwiazd ? na scenie czy wśród publiczności. Widok Brenmara plotkującego przy barze z Nguzunguzu i paczką Rashad & Spinn przypominał, że to festiwal skupiający największe nazwiska eksperymentującej, świeżej elektroniki. Ludzie, których twórczością pasjonujemy się na co dzień, byli tutaj na wyciągnięcie ręki. Levon Vincent pojawił się jak zwykle w swojej bejsbolówce i ukrył się z czasem za oparami dymu. Zagrał przyzwoity set dobrego techno, chociaż można się było po nim czegoś więcej spodziewać. Joy O z Jackmasterem poszli w bardziej imprezowe tony niż Vincent, czym sprawili, że tańce nabrały większego animuszu i beztroski. Orbison rozpoczął seta wokalnym loopem z ?Ellipsis?. ?We just used to do our own thing?? w jednej chwili stworzy ciepły nastrój i przykuł uwagę zgromadzonych festiwalowiczów. W selekcji Joya i Jackmastera dominował chwytliwy retro house i sprawdzone sztosy brytyjskiej muzyki basowej. To był dopiero początek Sónara, rozsądek nakazał powrócić do domu około czwartej rano w celu ogólnej regeneracji.

Radosny Flying Lotus

Na całe szczęście Steven Ellison wystąpił dwukrotnie w Barcelonie. Nie udało się go zobaczyć w czwartek, ale w piątek można było nadrobić zaległości. Flying Lotus porwał ludzi swoim uśmiechem od ucha do ucha, niezwykłą energią i zwyczajną radością z grania muzyki. Co jakiś czas Kalifornijczyk brał w dłoń mikrofon i rozbrajał tekstami w stylu „Yo, we in Barcelona mothafuckers!” i ogólnie jego konferansjerka była barwnym dodatkiem do live’u na bardzo wysokim poziomie. Flying Lotus zaskoczył mnie włączeniem wielu europejskich kawałków od producentów, których bym się nie spodziewał w jego secie. Pojawił się „Silo Pass” Bok Boka, którego od razu po nim zagrali też Nguzunguzu. Dalej był też 2562, Addison Groove i oczywiście dużo własnego materiału Fly Lo. Można było odczuć w powietrzu, że zgromadzony tłum oddał się wiernie w ręce Amerykanina, który kierował nami za sprawą swojego autorytetu i charyzmy. Muzyk ruszał się nieustannie w rytm seta, wykonując przy tym różne zabawne tańce włącznie z „kręceniem kierownicą”. Flying Lotus nie zawiódł, dostarczając nam zarówno świetnych wrażeń artystycznych, dużo humoru i zabawy bez zadęcia i pozy. Był to z pewnością jeden z najlepszych występów w Barcelonie.

Zagadkowe Nguzunguzu

Piątek był ważny, bo w końcu miałem okazję zobaczyć Nguzunguzu na żywo. Zanim to nastąpiło, uszczknąłem jeszcze chwilę ze wspólnego występu Jacques?a Greene?a z jego zaprzyjaźnionym wokalistą Ango. Panowie z Montrealu zaprezentowali analogowe nu-beatowe granie w brzmieniu charakterystycznym dla ich lokalnej sceny w Kanadzie. Niestety po chwili musiałem już uciekać na Nguzunguzu. Po drodze utwierdziłem się jeszcze w bolesnym fakcie, że nie ma absolutnie żadnej szansy na zobaczenie Johna Talabota, którego występ odbywał się w SonarHall ? w scenie w piwnicy. Cóź, trzeba zobaczyć katalońską ikonę ?hipster house? przy kolejnej okazji ? może w Katowicach.

Tymczasem Asma Maroof i Daniel Pineda wkroczyli na scenę w Sónar Dome. Duet z Kalifornii przejął namiot po francuskiej ekipie Club Cheval. Jak przystało na Nguzunguzu, od pierwszych chwil było dziwnie. Daniel otworzył set trudną do opisania muzyką basową z elementami hip-hopu i egzotycznymi samplami. Było też sporo numerów w klimacie tropical bass. Dwójka wymieniała się co chwilę przy didżejce. Interesującym było obserwowanie sposobu, w jaki zachowuje się Asma i Daniel przy mikserze. O ile ta pierwsza była bardzo zrelaksowana i wkraczała w muzykę całym swoim ciałem, o tyle Daniel wydawał się onieśmielony publiką i utrzymywał powściągliwy, niepewny wyraz twarzy. Dwie połówki tego samego projektu ? tak bardzo różne od siebie.

Selekcja Nguzunguzu zaskoczyła wiele osób. Stałem pod samą sceną. Przede mną była para, która otwarcie wyrażała dezaprobatę dla tego, co słyszeli z głośników. Nie mogli się zdecydować, czy zostać, czy wychodzić. Set był bardzo zmienny i urywany, Nguzunguzu wodziło słuchaczy za nos. Rozpoczynali jeden motyw, po czym nagłym rewindem wchodzi w zupełnie nowe rejony. W końcu zdegustowana para wyszła z fochem z namiotu. Zabawna scenka. Występ duetu z LA obfitował w tropical bass, hip-hop z latynoskim akcentem, clapy i luźne nawiązania do muzyki etnicznej. Zagrali ?Corpcore? i ?Hip Hop Spa? zaprzyjaźnionej Fatimy Al Qadiri i wiele innych utworów, które trudno nazwać muzyką taneczną. Całość była oczywiście intrygująca. Występ Nguzunguzu zdecydowanie in plus.

Nina Kraviz – mniej audio, bardziej wideo

Na takim dużym festiwalu jak Sónar nie zawsze da się wszystko idealnie zaprogramować. W oczy rzucił się dziwny układ okoliczności, w którym po Nguzunguzu miała wystąpić Nina Kraviz. Ostatnie chwile występu tych pierwszych tworzyły pewien dysonans poznawczy, kiedy na pierwszym planie Asma i Daniel próbowali wstrzyknąć w publikę odrobinę tajemnicy i transcendencji, a parę metrów za nimi Rosjanka ubrana w czarną spódniczkę i krwisto czerwone szpilki malowała się przez jakieś ? przysięgam ? dwadzieścia minut. Trochę jak obrazki z dwóch światów. Wkrótce Nina wstąpiła na miejsce basowej dwójki i rozpoczęła swój występ, który jak się okazało, był w lwiej części wokalny.

Seksowna artystka z Moskwy operowała mikserem, za pomocą którego puszczała bity z pogranicza techno i house’u, do których zaczęła śpiewać. Nie był to szczęśliwy wybór. Nina Kraviz nie ma dobrego głosu – był ledwo słyszalny, bardzo niski, ale wątły i ginący bezustannie w brzmieniu subbasu. Jedno, czego jej nie można odmówić, to wybornej umiejętności poruszania się po scenie. Tego mogłaby się od niej uczyć niejedna wokalistka. Nina, świadoma swoich estetycznych walorów, wiła się po scenie bardzo pewnie, uwodząc tłumy zahipnotyzowane jej urodą. Wszyscy zdawali się zadowoleni, chociaż słabiutki śpiew Rosjanki nie pozwalał o sobie zapomnieć. Tak minął jej live ? mdły i przeciętny ? choć dla oka bardzo przyjemny.

James Blake dość przeciętnie

Jak każdego dnia, koncerty na scenach wokół MACBA kończyły się około 22. Po dziennej części w piątek przyszedł czas na pierwszą część Sónar By Night. Koncerty największych gwiazd odbywały się w dużym centrum konferencyjnym, do którego można było dojechać festiwalowym autobusem. Po kilku minutach jazdy byliśmy już na miejscu. Obszar wybrany na koncerty nocne był naprawdę olbrzymi ?idealne przeciwieństwo dla kameralnych scen wokół MACBA.

Zaczęliśmy od poczynań ubranego w oficjalną koszulkę R&S Jamesa Blake?a, który wystąpił z DJ setem na scenie SonarPub,  położonej zupełnie w głębi obiektu. Jakoś dźwięku była tu naprawdę imponująca, podobnie jak na innych nocnych scenach. Akustyka była świetnie rozplanowana, a uczestnicy festiwalu mogli cieszyć się dobrą jakością dźwięku, w dużej mierze dzięki rozmieszczeniu głośników wzdłuż scen ? po kilka sztuk z każdej strony. Nasi krajowi organizatorzy festiwali mogliby tu pobrać niejedną lekcję. Z początku set Blake?a był ciekawy, bardzo w stylu młodego producenta. Muzyka płynęła na fali wyrafinowanej linii basowej, uzupełniania glitchami i innymi niuansami, które budowały ciepły nastrój w tej rozległej przestrzeni. Ważnym elementem kształtującym atmosferę były fioletowo-niebieskie wizualizacje, wyświetlane na otaczających widownię wielkich hangarach. Selekcja miała z początku akcenty dubowe i zawarła kilka własnych numerów Blake?a. Potem muzyk skręcił w kierunku randomowych kawałków z okolic UK funky, które nijak się miały do wcześniejszej fazy tego samego seta. Im dalej, tym było już gorzej. Ostatecznie James Blake ukończył ponad godzinny set zupełnie pozbawiony logiki i układany jakby na oślep. Krótko mówiąc, był to zaskakująco mierny występ.

James Murphy dużo lepszy

Jak się później miało okazać, James Murphy wyratował scenę SonarPub przed opustoszeniem. Były lider projektu LCD Soundsystem i mastermind labelu DFA zaprezentował wyśmienitą selekcję klasycznej muzyki disco. W kilka minut wprowadził w te rozgrzane plenery całą gamę instrumentów i wokalizy, które sprawiły, że serce zaczęło się radować. Nowojorczyk ukazywał się na telebimie, gdzie można było zauważyć, że starzeje się bardzo elegancko. Z przyciętą brodą i w białej eleganckiej koszuli z zakasanymi rękawami kręcił winylami w koncentracji i z wyczuciem godnym muzyka, który zajmował się swoim rzemiosłem w każdej możliwej roli. Po długiej podróży przez najlepsze okazy muzyki tanecznej z lat siedemdziesiątych Murphy położył wisienkę na torcie w postaci utworu ?Inspector Norse? Todda Terje. James Blake mógłby się wiele nauczyć od Amerykanina ? szczególnie w kontekście progresji seta i sztuki układania utworów w spójną całość. Ave, James Murphy!

 

Opresyjny Fatboy Slim

Po Nowojorczyku na scenie SonarPub miała się pojawić legenda sceny klubowej lat dziewięćdziesiątych ? Fatboy Slim. Dla mnie osobiście była to konfrontacja z idolem z dzieciństwa i prawdziwym weteranem elektroniki głównego nurtu, którego wiele teledysków i kawałków głęboko zapadło mi w pamięć. Anglik jako gwiazda kazał na siebie chwilę poczekać. Jego pojawienie się obwieścił fluorescencyjny Murzyn (sic!) na wielkich telebimach, który zapowiadał nadejście Fatboy Slima niczym przed walką bokserską. Po kilku chwilach zaczęła się wiksa, która wręcz mnie znokautowała. Negatywnie, bo nie było sposób tego wytrzymać. Słyszałem już wcześniej o transowych ciągotach Normana Cooka na festiwalach, i rzeczywiście ten scenariusz się sprawdził. Fatboy Slim zaserwował sieczkę brutalnej muzyki klubowej nie do zniesienia. Ewakuacja z miejsca zdarzenia nastąpiła w ciągu dwudziestu minut. Ta muzyka odeszła już dawno do przeszłości ? i słusznie.

Przez cały wieczór Sónar By Night nie był w stanie nic zaoferować, co by się choćby zbliżyło jakością do lidera LCD Soundsystem. Anne Mac, dziennikarka i didżejka z BBC Radio 1 zagrała set efekciarskiego electro, który toczył się naprzód dzięki niezbyt wyrafinowanemu patentowi ?wycinamy bas, czekamy, robimy dropa ? i tak w kółko?. To było zabawne kilka lat temu. Spodziewałem się więcej po wysłanniczce tak renomowanej stacji, ale oczywiście niektórym się to bardzo podobało.

Krótkie LA Vampires

W ten oto sposób nadeszła sobota ? ostatni  dzień Festiwalu Sónar. Nastawiłem się szczególnie na showcase 100% Silk, jednego z najciekawszych outletów muzycznych ostatnich kilku miesięcy. O siódmej wieczorem byłem umówiony na wywiad z Italem, który mi powiedział, że mieli problemy w podróży z występu w Lizbonie. Zaskoczyła ich awaria samochodu, przez co duża część sprzętu nie dojechała do Barcelony. O ósmej na scenę SónarVillage wkroczyła Amanda Brown aka LA Vampires. Szefowa Not Not Fun i sublabelu 100& Silk zaśpiewała nowy kawałek ?Freedom 2k? wyprodukowany przez Octo Octa i jeszcze ze dwa inne, po czym nonszalancko opuściła scenę. Wrażenie było bardzo kiepskie, bo już wcześniej śpiewając artystka przyjmowała pozy raczej lekceważące i śpiewała w pozycji odwróconej od widzów. W ten sposób występ LA Vampires potrwał około dwadzieścia minut. Może wynikło to z braku sprzętu, ale można to było jakoś lepiej nadrobić. Lekko zdezorientowany tłum wrócił po chwili do pogaduszek, alkoholu i innych radości.

Piorunujący Ital

O dziewiątej rozpoczął się live Itala, jeden z najbardziej pamiętnych występów tego festiwalu. Daniel Martin McCormick pokazał na scenie, że prawdą są słowa, które wypowiedział w naszym wywiadzie. Muzyka jest dla niego najważniejsza – jest wszystkim ? i było to widać w jego stuprocentowym zaangażowaniu. Nowojorczyk wpadł w istny szał za ścianą kontrolerów, układając kolejne sample w zwalistą ścieżkę abstrakcyjnego techno. Publika, zarażona jego niesamowitym entuzjazmem, odpłynęła razem z muzykiem w bliżej nieznanym kierunku. To była godzina zanurzona w chaosie, któremu poddaliśmy się z uczuciem błogości. Arytmiczne struktury, fantazyjne rewerberacje stworzyły bogaty misz-masz dźwięków. Kombinacja noise?u, ambientu i około-house?owego dudnienia wcale nie odstraszyła tłumu, który to wszystko kupił, przekonany energią Itala. Patrząc na niego, było widać, że w jego wyobraźni kręci się teraz równoległa impreza. Usłyszeliśmy artystę z prawdziwego zdarzenia!

I na koniec Maya Jane Coles

Sobotni wieczór w Polígono Pedrosa kusił najbardziej występem Mayi Jane Coles. Jak wszyscy wiemy, kobiet w tej branży jest jak na lekarstwo, więc jak już się pojawiła młoda dama z takim talentem, warto to było zobaczyć na własne oczy. Czerwonowłosa Angielka miała zagrać przed pierwszą na scenie SónarLab, tam gdzie dzień wcześniej grała Annie Mac. Didżejka zaczęła pewnie, ale też bez pośpiechu. Konstruowała swój set cierpliwie, dodając kolejne elementy. Maya Jane Coles zagrała solidny house, czyli to, czego mi dotąd brakowało podczas festiwalu. Dziewczyna imponowała spokojem, z jakim panowała nad tym wielki tłumem. Nie widać było w jej ruchach tremy, dawkowała napięcie i nie pozwalała nikomu zapomnieć o swojej obecności. Nie znałem żadnych utworów, które zagrała – tak jak lubię. Najważniejsze, że selekcja zachowywała zdrową harmonię pomiędzy wyrazistym rytmem i melodiami. To był bez wątpienia pozytywny akcent na zakończenie tej wspaniałej imprezy.

Słodkie wspomnienia z Katalonii

Po takich wrażeniach pozostaje tylko jeszcze raz polecić Sónar. Tegoroczny line-up był naprawdę kapitalny ? nie zabrakło muzyki eksperymentalnej, po prostu dobrej zabawy, artystów o ugruntowanej pozycji i nowych ważnych talentów. Miasto tętniące życiem, letnia bryza i tańce z szerokim uśmiechem na twarzy? Czy może być coś lepszego? Osobiście, najlepiej wspominam Sónar By Day, który był idealną kombinacją świetnej muzyki, odpoczynku i czerpania radości z towarzystwa znanych i nieznanych ludzi. Sónar By Night był zbyt przytłaczający, chaotyczny i – jak się okazało ? często wielkie nazwiska okazały się zupełną klapą w porównaniu z mniej znanymi nowicjuszami.

Dobrą alternatywą dla masowej imprezy nocnej są wydarzenia w ramach off- Sónar ? imprezy typu showcase takich labeli jak Hyperdub, Hotflush czy inne wydarzenia plenerowe, których było bez liku. Z moich rozmów z turystami wynikało, że wielu z nich przyjeżdża wyłącznie na eventy około festiwalowe, które okazują się czasami o wiele lepsze niż te w ramach Sónar By Night. Oczywiście program dzienny w MACBA naprawdę zdał egzamin i powinien być zawsze priorytetem.

Na pewno tam wrócimy

Jeśli czegoś mi zabrakło, to sprzedaży płyt, winyli i gadżetów związanych z konkretnymi artystami. Raczej nie było takich stoisk poza ogólnymi dla całego festiwalu. To były tylko drobne niedociągnięcia, bo wciąż Sónar to z pewnością najlepiej zorganizowany duży festiwal, jaki dotąd widziałem. Kilkanaście lat doświadczeń było widać na każdym kroku ? od jakości dźwięku przez dyskretną strefę gastronomiczną po braki kolejek na terenie festiwalu. Sónar to nie tylko świetna impreza, ale też idealne miejsce dla osób z branży muzycznej ? promotorów, dziennikarzy, artystów ? gdzie mogą się z łatwością wymieniać pomysłami i nawiązywać kontakty, często bardzo przydatne w przyszłości. Miłym jest to, że często mamy tu do czynienia z artystami, którzy są wciąż rozpoznawani tylko przez wąską grupę odbiorców. Dzięki temu, można z ulubionym muzykiem bez problemu zamienić słowo i podzielić się wrażeniami. Dla miłośników awangardowej muzyki elektronicznej Sónar jest imprezą idealną. Trudno o lepszą rekomendację. Na sam koniec chciałbym podziękować Agnieszce – mojej dzielnej towarzyszce na Sónarze – za pomoc w wielu sytuacjach i świetne towarzystwo. Sónar, ach ten Sónar… Do zobaczenia za rok w Barcelonie!

Sprawdź też:

Comments

comments

6 Comments

  1. owp

  2. Fajno, fajno. Za rok nie ma bata, jadę w końcu. Trochę szkoda, że Brainfeeder dla Magdy straciłeś, będzie można z nią w Wawie pogadać za miesiąc ;)

  3. Nie było to do końca ode mnie zależne ;) Wiadomo – nigdy się nie da wszystkiego ogarnąć. Żal mi też bardzo Nicolasa Jaara, ale wszystko jest do nadrobienia. Świetny festiwal. Nie wiedziałem, że Magda się wybiera do Warszawy – nic nie wspominała. Dzięki za propsy! / MM

  4. Pingback: Wywiad: Items & Things | LINEOUT.PL

  5. Pingback: Fest Food: Tauron Nowa Muzyka 2012 | LINEOUT.PL

  6. Pingback: Kraftwerk na 20. edycji Festiwalu Sónar | LINEOUT.PL

Dodaj komentarz

*

 
  • RSS
  • Facebook
  • Google+
  • Twitter
  • Tumblr
  • Vimeo
  • Pinterest