Drake – Take Care

„Thank Me Later” było niesamowitym krokiem naprzód nie tylko dla samego Drake’a, który ze świetnego artysty mixtape’owego stał się gwiazdą pierwszego formatu. Nagle wygładzony rap Kanadyjczyka, któremu towarzyszyły świetne produkcje 40′ego, wyrósł na pierwsze źródło inspiracji dla szerokiej gamy artystów około klubowych. Konia z rzędem temu, kto zliczy wszystkie remiksy, reworki i edity Drake’a, jakie powstały po „Thank Me Later”. Ciśnienie rosło, podobnie do oczekiwań wobec kolejnego albumu. Plotki co do zestawu producentów także zapowiadały coś wyjątkowego (m.in. Jamie XX i The Weeknd), a kolejne przecieki dawały nadzieję na płytę, która śmiało przebije „Thank Me Later”. Czy tak się stało? Hm.
„Take Care” jest naprawdę świetnym albumem, z którego można wybierać hit za hitem, ale do poziomu „Thank Me Later” zabrakło chyba tego, co tamten album definiowało – świeżości. Na „Take Care” jest kilka ciekawych eksperymentów (pod tym względem na pierwszy plan wybija się „Crew Love” współprodukowany i współwykonywany przez The Weeknd), ale z hucznych zapowiedzi nie zostało wiele – większość bitów to ciągle działka 40′ego, Jamie XX został zsamplowany, a Drake wypełnia swoją formułę chwytami, które znamy aż za dobrze. Nie ma w tym nic złego, bo jest ona wciąż cudowna – nie ma w niej pompatycznej „prawdziwości” trueschoolowców, nie ma zbyt hardych momentów, które raperom z Południa bronią dostępu do mainstreamowej legendy. Jest nieporadne flow i końcówki fraz, które ratują całe zwrotki, są chwytliwe refreny i kreatywne wokalne aranżacje, wreszcie – są durnowate teksty podszyte „smutkiem wielkości”, który Drake opatentował, a który śmiało pociągnął The Weeknd. Bo „Take Care” to płyta w przeważającej części smutna, płyta o samotności na szczycie i tęsknocie za prawdziwym uczuciem do kobiet, które odeszły do „porządnych facetów”. Oczywiście Drake nie traci swojej męskiej pewności, ale artystyczne spełnienie nie zawsze idzie w parze z osobistym szczęściem („Shot For Me” i „Marvins Room” świadczą o tym najmocniej).
Bity stanowią osobną historię i na „Take Care” pełno wyśmienitych, progresywnych instrumentali. „Headlines” znamy i lubimy (brawo Boi-1da), Just Blaze dostarczył jeden z najbardziej epickich podkładów tego roku w „Lord Knows”, to, co się dzieje od 3:11 w „Shot For Me” można długo opisywać, „Crew Love” już wcześniej propsowałem za świeżość. Na „Take Care” próżno szukać słabszych momentów, chociaż dobór featuringów mógłby być lepszy. Birdman bełkocze coś z nadprodukcją „n-word”, a Rihanna robi sobie kolejnych wrogów w tytułowym kawałku, który zdążył obrosnąć niesławą „profanacji” (co jest sporą przesadą, bo nie jest aż tak tragiczny). Całe szczęście, że The Weeknd, Nicki Minaj (przejście do śpiewu – klasa!), Rick Ross i Andre 3000 solidnie dopełniają głównego bohatera, czasem kradnąc mu show. Zaskakująco blado wypadł Weezy (nie najgorzej, ale stać go na więcej), ale nie można mieć wszystkiego.
„Take Care” to jedna z tych płyt, których można słuchać w kółko i nie – nie znajduje się tam za każdym razem czegoś nowego, ale za każdym razem jest tak samo świetnie. Spektrum przebojów jest spore, a przy każdym przesłuchaniu można wybrać nowego faworyta. „Thank Me Later” nie zostało przebite, ale „Take Care” ma pewne miejsce w czołówce tegorocznych wydawnictw.

Podaj dalej:
  • Print
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Add to favorites
  • email
  • PDF
  • RSS
  • Technorati
  • Tumblr
  • Twitter
  • Wykop
  • LinkedIn
  • MySpace

One Comment

  1. „Light skinned chick first flight from Poland”

Dodaj komentarz

*